Dojrzewanie superbohatera

Po wielkim finale z ostatniej części Avengers, MCU potrzebowało dobrego startu. Czegoś lepszego niż Kapitan Marvel, co nie tylko utrzyma zainteresowanie dalszymi losami uniwersum, lecz także w jakimś stopniu wskaże kierunek, w którym sprawy się toczą. Moim zdaniem to ostatnie się udało, i o ile dobrze odczytuję to co chcą nam powiedzieć scenarzyści – to przyszłość jest niepewna i pomimo zwycięstwa pozostaje więcej pytań niż odpowiedzi: bohaterowie uratowali świat, lecz co dalej? Bez Kapitana Ameryki i Irona Mana powstała próżnia, którą nie wiadomo kto mógłby wypełnić. Gdzie są i co robią Avengersi? Kto im przewodzi? Czy nad bezpieczeństwem Ziemi czuwa jakaś zorganizowana struktura? Kto obroni Ziemię przed następnym galaktycznym niebezpieczeństwem? Pytaniom właściwie nie ma końca. 

Far from home ma tę zaletę, że przedstawia te dylematy ale nie robi tego tak do końca wprost – bo to jest film o Spidermanie, nastolatku z Queens, obdarzonym wielką mocą i inteligencją, ale wciąż „tylko” przyjaznym człowieku-pająku z sąsiedztwa, który co prawda był w kosmosie, ratował świat, ale wciąż chciałby przynajmniej od czasu do czasu móc być zwykłym nastolatkiem, na którego barkach nie spoczywa przyszłość Ziemi. 
I powiedzmy sobie szczerze – nie jest gotowy na tę odpowiedzialność, która zostaje na niego nałożona. Przed nim długa droga, ale nie zdradzę tutaj tajemnicy, stwierdzając że Tony Stark się co do niego nie pomylił, to w końcu Peter Parker. Jedna z ikon świata superbohaterów. Tylko wciąż dzieciak. 
Tak więc z jednej strony mamy tu opowieść o odpowiedzialności za świat i związanej z nią władzy, oraz o tym kto ma ją podjąć, zaś z drugiej taką trochę klasyczną amerykańską komedię o wycieczce do Europy, a wszystko to podlane sosem historii superbohaterskiej. Jest zwyczajowe promo turystyczne kolejnych miast, do pewnego stopnia nawet twórcy potrafią sobie z tego żartować. 
Na ekranie pojawiają się niemal wszyscy znajomi Parkera ze szkoły i poprzedniego filmu (Homecoming) i od razu uspokajam – każda z postaci jest fajna, oczywiście w pomieszanej konwencji, o której pisałem wcześniej i pasuje do opowieści, coś do niej wnosząc, bo w jakiś sposób wpływa na wybory głównego bohatera. Jak choćby wtedy, gdy z powodu szczeniackiej rywalizacji o mało nie dochodzi do tragedii. Bo pamiętajmy, to historia o Peterze Parkerze, nastolatku, a więc mamy tu teen dramę niezręczne romanse i komedię pomyłek. Widać, że młodzi aktorzy rozwinęli swój warsztat, lub może po prostu reżyser (Jon Watts) potrafił im dobrze przekazać czego od nich i ich postaci oczekuje. Tom Holland nie tylko pasuje do swojej roli, widać, że potrafi grać, a to dobrze rokuje na kolejne filmy, których ma być podobno jeszcze cztery! 
Jake Gyllenhall w roli Mysterio jest w porządku. Jest i ciężar emocjonalny wynikający z relacji międzyludzkich, i stawka (która za sprawą Starka) jest bardzo wysoka. Spiderman w ogóle ma szczęście do sprzątania bałaganu po Tonym Starku. 
Elementami spajającymi ten film z resztą (poza domyślnym kontekstem) są Nick Fury, Happy Hogan i unoszący się nad wszystkim duch Iron Mana. Fury przez cały film wydaje się być nieco zagubiony, co szczerze mówiąc trochę kole w oczy, ale spokojnie – ma to sens, w końcu przez pięć ostatnich lat pozostawał wyłączony, a świat przecież nie stał w miejscu. Zresztą to nie jedyny powód. Widać, że relacja Petera z Happym ewoluowała, obaj stracili kogoś dla siebie wyjątkowego. To zresztą ciekawy zabieg, w toku opowiedzianej dotąd opowieści postać Iron Mana stała się dla Petera Parkera niemalże odpowiednikiem postaci Wuja Bena z kanonicznej historii o człowieku pająku. 
To odróżnia tę wersję Spidermana od poprzednich (z Tobeyem Maguirem oraz Andrew Garfieldem), i mimo czerpania ze znanych wątków, to wciąż potrafi zaskakiwać. Nie wiem, czy gdybym po raz trzeci musiał oglądać umierającego wuja Bena, mówiącego że z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialnośćczy bym to zdzierżył. Różnic jest więcej, choćby odświeżająco energiczna postać cioci May, czy nowatorsko zbuntowana MJ, które zsumowane nadają tej wersji powiew świeżości. 
Z powodu tych różnic Spiderman Toma Hollanda bardziej niż poprzednie
ekranizacje odchodzi od kanonu opowieści o człowieku pająku. A tych przecież i tak jest całe mnóstwo i to bardzo różnych. Chociaż większość elementów składowych jest na miejscu, to jednak są na tyle pomieszane lub pozmieniane, że różnice potrafią zaskoczyć. Jedno nawiązanie jest moim zdaniem warte odnotowania, dotyczy zresztą jednej z moich ulubionych serii (ale to już byłby zbyt wielki spojler, gdyż dotyczy pierwszej sceny po napisach i tym samym bardzo mocnego zakończenia filmu).  
A to zakończenie to jednak coś zupełnie innego, mocnego – prawdziwe trzęsienie ziemi, rozwalające, przewracające do góry nogami świat głównego bohatera. I to w momencie, w którym wydawało już się, że najgorszy kryzys został zażegnany. 
Mocne zakończenie i otwarcie dla następnego filmu, powodujące, że nie mogę się doczekać kontynuacji. 



Tytuł: Spiderman: Daleko od domu
Reżyser: Jon Watts
W rolach głównych: Tom Holland, Zendaya, Jake Gyllenhaal
Rok: 2019




SPOJLER ALERT 


Seria komiksowa o której wspomniałem wcześniej to Civil War, a konkretnie wątek, w którym Peter Parker w ramach poparcia dla rejestru superbohaterów postanawia ujawnić publicznie swoją tożsamość, co oczywiście wkrótce powoduje gwałtowne konsekwencje. Tak więc, choć przyczyna jest zupełnie inna, to skutek może być podobny. 
Czyli jak to w komiksach – biedny Spidey, jak zawsze ma przerąbane…


Komentarze