Każdy koniec jest początkiem czegoś nowego

Uwaga, będą spoilery.


Na ten film szedłem spokojny. To przed Infinity War byłem pełen obaw, co do tego czy nie okaże się wielkim rozczarowaniem. Przed Endgame miałem poczucie, że sprawą zajmują się odpowiedni fachowcy i że wiedzą co robią. Jednak kończenie złożonych opowieści to niełatwe zadanie, co wszystkim niedawno udowodnili D&D z Grą o tron na HBO. Czy po mocnym wstępie jakim był Infinity zakończenie okaże się równie satysfakcjonujące? Owszem. Czy warto poświęcić trzy godziny życia na ten film? Owszem, pod warunkiem, że oglądało się co najmniej większość wcześniejszych filmów z MCU.  



Jeśli nie, to śmiało można powiedzieć, że ¾ frajdy z filmu po prostu nas ominie – bo to jest film od i dla fanów.
Początek jest dla bohaterów ciężki i taki powinien być. Ciężar klęski kładzie się cieniem na wszystkich i mamy tu przekrój wszystkich stadiów żałoby: zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresję i akceptację.
Oczywiście dość szybko pojawia się wątek nowej szansy, bo przecież o to w tej opowieści chodzi – ta jedna wersja przyszłości o której mówił doktor Strange. Lecz przynajmniej na początku twórcy potrafią oddać ciężar tego, co się wydarzyło i chwała im za to.
Potem zaczyna się robić dziwnie i zaczyna się prawdziwe złoto – ta część filmu, w której bohaterowie cofają się w czasie żeby zebrać z przeszłości zniszczone w ich teraźniejszości przez Thanosa kamienie nieskończoności jest zdecydowanie moją ulubioną. Pomysł na wykorzystanie wydarzeń z przeszłości i dopowiedzenie ich z udziałem tych samych bohaterów z przyszłości to jak dla mnie przebłysk prawdziwego geniuszu scenarzystów.
Zdecydowanym wygranym jest tutaj Steve Rogers aka Kapitan Ameryka, którego sceny są po prostu świetne – „hail hydra” w windzie (Zimowy Żołnierz) i wisienka na torcie – kiedy musi walczyć z samym sobą. Cudo.
Ale nie tylko Rogers ma swoje pięć minut, są wzruszenia i gagi, poświęcenie i nadzieja przemieszana z groźbą – w końcu zabawa z czasem to niebezpieczna rzecz.
Wszyscy aktorzy grający od lat swoje postacie prezentują się znakomicie, jednak moim zdaniem na wyróżnienie zasługuje tu Robert Downey Jr. On pasuje do swojej roli, która jednak nie zawsze była zbyt wymagająca. Tym razem twórcy zbudowali opowieść, w której ma on szansę pokazać zdecydowanie więcej, i ją wykorzystuje.
Wątków i mniejszych, osobistych opowieści jest tyle, że nie sposób je wszystkie opisać w recenzji, nie opowiadając całego filmu. Najfajniejsze jest w nich to, że stanowią naturalną część większej całości, opowiadanej na przestrzeni tych dwudziestu jeden (sic!) wcześniejszych filmów. I nie mam poczucia żeby to było wymuszone, ani stanowiło zapchajdziurę, film i tak trwa ponad trzy godziny.
Trzeci akt to kulminacja i wielki finał. Wielki to słowo adekwatne, bo o ile można było trochę się podśmiewywać z Wojny bohaterów, że wielka wojna domowa to raptem ustawka pod hangarem, to tutaj jest już epicko i to tak, że aż ciary przechodzą po plecach.
Wszystkie chwyty dozwolone, to walka o wszystko i nie ma zagrań zbyt dziwacznych, rozwiązań zbyt nieprawdopodobnych ani ryzykownych żeby nie spróbować wszystkiego. Wszystkie ręce na pokład.
I trochę tylko rozczarował mnie Thanos, a przynajmniej ta jego wersja. W poprzednim filmie wydał mi się trochę mniej prymitywny niż tutaj, ale to może tylko poszukiwanie dziury w całym.
Na koniec dostajemy zdrową dozę epilogu, który pozwala nam ochłonąć i przyswoić sobie nową rzeczywistość, w której znalazł się ten świat. Bo choć słowa Thanosa z poprzedniego filmu się sprawdzają: „Tym razem nie będzie wskrzeszeń”, to zabawa z czasem ma to do siebie, że tworzy paradoksy i to też jest ciekawe na przyszłość.

 
Tytuł: Avengers: Koniec gry
Reżyseria: Anthony Russo, Jeo Russo
W rolach głównych: Robert Downey Jr, Chris Evans, Mark Ruffalo
Rok: 2019



 

Komentarze