Czy to Superman? Nie, to Kapitan Marvel!

Szedłem na ten film mając w pamięci czarną kampanię dotyczącą metascoringu, która rozpętała się jeszcze przed jego premierą, a więc nie bez wątpliwości i obaw. Czyżby ze stajni MCU w końcu po paru świetnych i całej serii co najmniej porządnych filmów (licząc od Avengersów, a więc już po Hulku i pierwszym Kapitanie Ameryce) w końcu nastąpił koniec dobrej passy?

Teraz jestem już po seansie i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że całe to zamieszanie to albo robota konkurencji, albo zwykły trolling.
Film się broni, nie jest  najlepszy z MCU, ale też nie jest zły. To po prostu dobry średniak ze stajni, będący de facto prequelem do najbardziej interesujących nas wydarzeń (już niedługo koniec gry, tadada dum), więc też i nie mogący zbyt wiele wnieść do rozwoju całej historii.
To czym może za to być, to świetnym polem do całej masy mrugnięć okiem, dopowiedzeń wcześniejszych smaczków (postaci, ich tło i niektóre wydarzenia), oraz okazją do przybliżenia szerszej widowni paru ważnych elementów galaktycznej układanki. I na tym polu moim skromnym zdaniem wygrywa na całej linii. Chodzi mi tu o cywilizację Kree i o to czym są Skrulle. Dwie bardzo ważne rasy w historii komiksowego uniwersum, a co za tym idzie, również i Ziemi. I choć jest to przedstawienie trochę naiwne i jednostronne, to jednak jak na materiał,  który można zmieścić w jednym filmie - dość porządne.
Jeśli więc kogoś interesuje o co chodzi z Ronanem Oskarżycielem z pierwszej części Strażników Galaktyki, to tutaj co prawda nie poznacie jego historii, ale chociaż będziecie mogli poznać tło, z jakiego się wywodzi. I to już jest coś, jeśli chodzi o budowanie większego uniwersum
Sama Brie Larson jako Kapitan Marvel nie zawodzi, może nie jest to oskarowa kreacja, ale osobiście nie mam większych zastrzeżeń. Może chodzi bardziej o to, że rola po prostu nie jest zbyt wymagająca. Nie ma zbyt wielkiego pola do rozwoju postaci, a i jej wybory są w gruncie rzeczy dość oczywiste i mało zaskakujące, za mało w nich prawdziwych dylematów. Choć, swoją drogą jestem ciekaw jak w tej roli wypadłaby Katheryn Winnick (Wikingowie).
I tu dochodzimy do tego co uważam za zmarnowany potencjał. Na początku filmu Vers (Carol Danvers, aka Kapitan Marvel) funkcjonuje w grupie elitarnych komandosów imperium Kree. Aż się prosi o zarysowanie prawdziwych przyjaźni wykutych w ogniu bitwy, braterstwa broni, może nawet zalążka (tylko) jakiegoś małego romansu. Po prostu grupy osób, które w kuźni wojny stały się dla siebie rodziną. Gdyby coś takiego w fabule istniało, to cała trzecia, końcowa część filmu, niosłaby ze sobą zupełnie inny ciężar emocjonalny. Również i wybory tytułowej bohaterki byłyby dużo bardziej ciekawe bo i o wiele trudniejsze. Tego niestety zabrakło.

Film jest zabawny. Zwłaszcza dla kogoś, kto lata dziewięćdziesiąte przeżył jako nastolatek – to jeden wielki sentymentalny trip z jajem. Nie wszystkie gagi będą pewnie od razu czytelne dla młodszej widowni, ale tych bardziej uniwersalnych jest i tak całe mnóstwo. Zresztą MCU już przyzwyczaił nas do tego, że potrafi traktować siebie nie do końca na poważnie, co nie znaczy - głupio.
Reasumując, dla kogoś, kto śledzi MCU i chce poznać nieco szerzej ten świat (a niekoniecznie zna go z komiksów) to jest film, którego po prostu nie powinno się omijać ze względu na trolling i czarny PR. Dla kogoś, kto chce się dobrze bawić i pośmiać to jest to po prostu dobry wybór na weekendowy seans.
No i ostatnia scena po napisach... ludzie, którzy robili ten film nie mają ani krztyny wstydu i chyba nieźle ich to bawi.
I to też szanuję. 

tytuł: Kapitan Marvel
reżysera: Anna Boden, Ryan Fleck
w rolach głównych: Brie Larson, Samuel L. Jackson, Jude Law
rok produkcji:
2019

Komentarze