Nowy rok, a ja...

Wydaje mi się, że wszyscy teraz są na etapie planów, podsumowań, zarządzania swoim życiem. Nie zrealizowałam ani kawałka planu (teraz nawet nie pamiętam, co by to miało być) z zeszłego roku, jednak muszę przyznać, że rok 2018 był  dla mnie mimo wszystko owocny, choć w zupełnie innych kategoriach.

1. Plany
W moim centrum dowodzenia na początku roku zawsze wszyscy stoją na baczność, endorfiny szaleją, a ja robię wielkie plany, jak podbić świat. Prawdopodobnie początek 2018 wyglądał podobnie, ale plany mają to do siebie, że lubią sobie mnie odpuszczać. W bieżący rok wchodzę z nieco innym spojrzeniem, wiem, że czeka mnie rewizja tego, co w moim planowaniu nie działa. Być może ma to coś wspólnego z tym, że pozostają wizją, a nigdy nie przekształcam ich na zadania. Tymczasem, zupełnie niepostrzeżenie, bez generalskiego rozkazu, kilka rzeczy się w głowie ułożyło, czego konsekwencją są dalsze działania i zmiany bez planu, ale na lepsze.

2. Środowisko
Od jakiegoś czasu zastanawiałam się, jak ograniczyć generowanie śmieci, szczególnie tych, których się nie przetwarza. Kilka razy miałam niemiłą okazję jechać koło wysypiska śmieci rodem z lat 80. I to nie jest doświadczenie, które chciałabym powtarzać. Na razie zmiany konsumpcyjne nie są wielkie - ot, unikanie plastiku, torbek foliowych, prawidowa segregacja, recykling,  dłuższe użytkowanie produktów wykonanych z tworzyw sztucznych, zwiększanie swojej świadomości na temat zanieczyszczania wody... a także refleksja na temat posiadania rzeczy w ogóle oraz wykorzystywania rzeczy używanych wcześniej.

3. Jestem tym, co jem
To pociągnęło za sobą refleksję na temat świadomego odżywiania. I co prawda raczkuję w temacie, ale od osoby, która jadła dwa posiłki dziennie, z czego jeden był tabliczką czekolady z orzechami z Lidla (popitą kawą w dużej ilości) doszłam do etapu, w którym zaczęłam czytać etykiety, zwracać uwagę na to, czym zapycham żołądek i staram się, by mój syn mógł brać ze mnie lepszy przykład niż dotychczas. A czekolada póki co leży i czeka na chwilę słabości, która pewnie nadejdzie i (mam nadzieję) szybko przejdzie.

4. Pokarm dla duszy
Nie przeczytałam pięćdziesięciu dwóch książek w 2018 roku*. Skrupulatne wyliczenia  z twittera, na którym dzielnie dzieliłam się lekturowymi przygodami, wskazują że było ich trzydzieści siedem. Taka porażka to mój sukces - czasy gdy łykałam literaturę jak młody pelikan, minęły bezpowrotnie. Mam jednak poczucie, że poza pojedynczymi wpadkami, były to ksiażki wartościowe, których nie muszę się wstydzić. Większość przyswoiłam jako audiobooki i chciałam uprzedzić protesty (zanim się pojawią), że to nie jest prawdziwe obcowanie z literaturą (tak, Mru, o Tobie teraz myślę) - każdemu według potrzeb.

5. Plany na 2019
Odkryłam, że nowy rok nie jest ani lepszą, ani gorszą okazją do robienia planów, ustalania celów czy rozpisywania zadań niż każdy inny dzień roku i mojego życia. Na razie nie jestem gotowa na nowe działania, choć przygotowuję się do tego momentu.
Na razie staram się codziennie być lepszą wersją samej siebie, niech to będzie punkt wyjścia do kolejnych pomysłów.

*A Wy ile czasu przeznaczacie na lektury?

Komentarze