Konsolidacja i dezintegracja

Gdy w 2008 r. pojawił się na ekranach kin Iron Man, nie spodziewałam się, że dziesięć lat później filmowa saga będzie realizowana z takim rozmachem i będzie obejmowała tylu bohaterów. Avengers: Wojna bez granic jest próbą połączenia wszystkich postaci w spójnych ramach. 

Punktem wyjścia dla nowej historii jest dramatyczne zakończenie historii z filmu Thor: Ragnarok. Statek
z ocalałymi Asgardczykami spotkał na swej drodze Thanosa (trójwymiarowa nakładka na Josha Brolina) - tego wroga, który był zapowiadany od początku, którego celem było zebranie Kamieni Nieskończoności - artefaktów, które pozwoliłyby mu wprowadzić w galaktyce szczęście
i dobrobyt za pomocą anihilacji połowy istnień.  Jednak jak to bywa  z wizjonerami - niedoceniony
i ogłoszony szalonym, postanowił zmusić do posłuszeństwa niechętnych do uszczęśliwiania ich na siłę dobrobytem ludzi. 

Na sygnał SOS odpowiadają Strażnicy Galaktyki, którzy zawsze chętnie służą radą i pomocą
w zamian za szekle lub statki, za to posłańcem dobrej nowiny o przybyciu Thanosa na Ziemi jest Bruce Banner (Mark Ruffalo), który wpadł z niezapowiedzianą wizytą do Dra Strange'a (Benedict Cumberbatch)

Losy wszystkich postaci misternie się łączą, by wspólnie mogli stawić czoła ostatecznemu wrogowi. Nie jest to proste, bo w ciągu dekady postaci marvelowskich, godnych pokazania w ostatecznej rozgrywce namnożyło się niemożebnie (próbowałam ich policzyć, ale w sumie nie wiem, czy na przykład brać pod uwagę takie postaci jak War Machine i Okoye?), a i tak jest to nikły procent całego komiksowego universum.   I jedyną postacią, która - już tradycyjnie - nie ma żadnej ekspozycji, jest Falcon (tradycyjnie tego nie rozumiem, bo mam poczucie, że jest tam na doczepkę). Pozostałe postaci mają szansę się wypowiedzieć, błysnąć na ekranie, pokazać się ze swojej charakterystycznej strony - nawet nie mam poczucia niedosytu czy chaosu, a tego bałam się najbardziej. 

Twórcom udało się stworzyć świat, gdzie magia, technologia, bogowie i podróże kosmiczne swobodnie współistnieją i pozostają w służbie ogólnie pojętego dobra. Bo przecież tematem filmu jest walka Dobra, ze Złem, prawda? Ano, siłą Thanosa jest to, że jego przekonania są zrozumiałe,
a podbudowa ideologiczna konsekwentna i bez zarzutu. W tym tkwi problem, bo przecież było już kilku dyktatorów, którzy w swoich reżimach wprowadzili podobne rządy przymusowej szczęśliwości (od razu skojarzył mi się Pol Pot, któremu udało się przymusowo uszczęśliwić 60% społeczeństwa swojego kraju, a Thanos się ograniczył jedynie do połowy). Więc tematem filmu jest bardziej obrona naszych przekonań przed przekonaniami realisty (sam Thanos w pewnym momencie w rozmowie
z Drem Strange'em mówi: I am survivor, co na polski zostało przełożone jako "Jestem pragmatykiem"). I jest na tyle charyzmatyczną postacią, że ma swoich wyznawców, takich jak Proxima Midnight, Corvus Glaive czy Ebony Maw. Jest jednak jedna scena, która budzi moje wątpliwości co do postaci tytana - przed pozyskaniem Kamienia Duszy w rozmowie z Gamorrą wyznaje, że raz już odpuścił realizacje swego przeznaczenia. I albo zrobił to poza kadrem, albo na tyle dyskretnie, że mi to umknęło. Cóż, jest to powód, by obejrzeć wszystkie filmy od nowa. 

Udała się konsolidacja wszechświata, udał się niepokonany wróg, więc co się nie udało? Nie udały się sceny walk zbiorowych. O ile dynamika, choreografia i ujęcia są podobne do tych z Zimowego żołnierza i uznaję je za lepsze niż gorsze, o tyle porównanie mocy różnych bohaterów rozjechało się całkowicie. Najdobitniej to widać w scenie, gdzie w jednej potyczce biorą udział Scarlett Witch, Black Widow, Captain America i Vision. Z jednej strony to niuans, z drugiej - jeśli nawet ja to zauważyłam, to chyba jest widoczne. Muszę jednak przyznać, że na tyle elementów, które mogły nie wypalić, to naprawdę niewiele rzeczy się nie spięło. Prościej - w moim przekonaniu film wyszedł naprawdę świetnie. Widać też, że Marvel od kilku filmów ma bardzo zwartą koncepcję serii, czego nie można było powiedzieć o jej początkach. Jednocześnie twórcy konsekwentnie i spójnie realizują wszystkie wizje, nie zostawiając marginesu na liczne błędy
i nieścisłości. Za to naprawdę duże brawa*.

tytuł: Avengers: Wojna bez granic
reżysera: Anthony Russo, Joe Russo
w rolach głównych: Robert Downey Jr., Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans i in.
rok produkcji: 2018


* Straszne to czasy, gdy chwali się produkcję za brak błędów.

Komentarze