Ważny film popkulturowy

W nawale komiksowych filmów do śmieszkowania, jak Thor: Ragnarok czy nawet Liga Sprawiedliwosci, Czarna Pantera wraca do korzeni poważnych filmów o odpowiedzialności superbohaterskiej. Czy takie filmy są jeszcze potrzebne?


Książę T'Challa (Chadwick Boseman) szybko zostaje koronowany po śmierci swojego ojca w zamachu na szczycie ONZ. Cały świat postrzega afrykańską Wakandę jako biedne, rolnicze państwo. Tymczasem za fasadą ubóstwa kryje się zaawansowany technologicznie i bogaty kraj o długiej, mistycznej tradycji, broniony przez opiekuńczego ducha Czarnej Pantery. A wszystko to dlatego, że Wakanda leży na żyle vibranium - najlepszego metalu na Ziemi, a być może i we wszechświecie.

Jednak Wakanda nie jest bezpieczna - już w czasie rytuału koronacyjnego T'Challa zostaje wyzwany na pojedynek przez przywódcę lokalnego plemienia. Jednocześnie z zewnątrz przychodzi inny wróg, który nie tylko zamierza zawładnąć tronem afrykańskiego państewka, ale przede wszystkim rudą vibranium.


Ukazanie podwójnego wroga to bardzo dobry zabieg. Klaue (Andy Serkis), znany już z Avengers: Czasu Ultrona jest mocnym punktem wyjścia do zbudowania przeciwnika jeszcze lepiej osadzonego w świecie Czarnej Pantery. Killmonger ma wakandyjskie korzenie, ale dorastanie w Stanach Zjednoczonych powoduje, że ma zgoła odmienne doświadczenia społeczne niż T'Challa. Dla Killmongera vibranium może być wybawieniem dla całej społeczności Afroamerykanów na całym świecie. Z jednej strony jest idealistą (zupełnie jak prawowity władca), a z drugiej - odartym ze złudzeń mordercą, który upamiętnia ofiary, które zabił, poprzez umieszczanie kolejnych skaryfikacji na swoim ciele. Jego motywacje są bardzo altruistyczne, choć wykonanie planu - egoistyczne i krótkowzroczne.

Budowanie bohatera jest proste, baśniowe i schematyczne. To nie jest wada, to część konwencji filmu ekspozycyjnego. T'Challa zwycięża w pojedynku podczas koronacji, jest uznany za prawowitego władcę, więc gdy pojawia się uzurpator, podejmuje wyzwanie. Dowodzi to jedynie, że jeszcze nie był gotów na odpowiedzialność, która łączy się z władzą.

Do niewątpliwych zalet filmu należy aktorstwo drugoplanowe. O ile pierwszy plan jest poprawny, ale nie zachwyca, o tyle drugi jest świetny - niezawodny Martin Freeman, który dla mnie jest jednym z
najbardziej wszechstronnych aktorów i sprawdza się zarówno w rolach dramatycznych, jak i komediowych, a tu występuje jako jeden z dwóch białych aktorów (!). Z bardzo dobrej strony pokazał się też Michael B. Jordan w brawurowej roli Killmongera, który łączy w sobie intelektualne dziedzictwo Wakandy oraz brutalny sznyt z Bronxu.

Nie sposób w białej Europie środkowej oglądać tego filmu w oderwaniu od kontekstu ideologicznego (jak się go określa współcześnie w Polsce). Na pewno nie pomaga słuchanie przejaskrawionego akcentu, który ma robić Afroamerykanina bardziej afrykańskim. Myślałam, że to cecha Khandi Alexander (która gra matkę Olivii Pope w serialu Scandal), ale w Czarnej Panterze tak mówili wszyscy. I nie wiem, na ile był to efekt zamierzony, a na ile autotroll.
Dwa  inne minusy to: szarża nosorożców. I znowu poczułam się, jakbym oglądała trzecią część Hobbita i zobaczyła prosiaki na planie. Zwłaszcza, że w innej scenie widać, że konie nie są obce w Wakandzie. I trzecia wada - choreografia walk. Nie wiem, co się wydarzyło, ale nie wyglądało dobrze. Szczególnie w porównaniu do Zimowego żołnierza i innych filmów o Avengersach. Oby legendarna Czarna Pantera nie okazała się najsłabszym ogniwem w Wojnie bez granic.
Zabrakło mi też  mistycyzmu Wakandy - wydawało mi się, że ta wędrówka po zaświatach będzie bardziej eksponowana, a doradztwo przodków istotniejsze. Być może krytyka za oddalenie się od konserwatywnych korzeni należy sie nie tylko władcy, ale i twórcom filmu

Trudno było oprzeć się wrażeniu, że to nie jest film o Afryce tylko o imperialistycznym spojrzeniu na Afrykę. Wygląda na to, że w tej kwestii jeszcze wiele przed twórcami, nim przestaną uprawiać coś na kształt dyskursu poskolonialnego w atmosferze wygenerowanej wiedzy zachodu na temat Czarnej Afryki. I tak, zapewne w kontekście filmu o zabarwieniu ściśle ludycznym w ogóle nie powinnam zwracać uwagi na kwestie poprawnościowe, niemniej uważam, że przedstawienie Wakandy na sposób zachodni szkodzi obrazowi Afryki w ogóle, choć w kontekście komiksowego multiwersum idealnie wpisuje się w superbohaterską sagę i naprawdę niewiele można mu zarzucić jako filmowi akcji.

Komentarze

  1. Film nie dorasta do Hype'u który mu towarzyszył ale i tak stanowi mocny punkt w stajni Marvela. Choć na pewno nie zgodzę się, że Killmonger to pierwszy ciekawy złoczyńca w MCU. Zemo z Civil War wciąż pozostaje moim numero uno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie napisałam, że Killmonger jest pierwszym ciekawy zloczyńcą. Ale myślę, że gdyby odwrócić retorykę, móglby to być film o nieudanej rewolucji (bo wydrukował za mało ulotek i przyszedł tylko Klaw ;) ).

      Usuń

Prześlij komentarz