Kilka myśli po Ostatnim Jedi

Beware! Nisko latające spojlery!


Po Przebudzeniu Mocy  spodziewałam się tego, co zwykle - Nowy Porządek triumfuje, Rey biega z Lukiem na plecach po bagnach, a Snoke wysyła po nią Kylo. 

Generał Hux (Domhnall Gleeson) próbuje dobić pozostałą przy życiu garstkę rebeliantów, jednak naprzeciwko jego okrętu liniowego staje Poe Dameron (Oscar Isaac) w X-wingu i próbuje kupić czas pozostałym na skok. I byłoby to sensownie działanie, gdyby nie drobiazg - Porządek już ma już technologię, która pozwala namierzać statki w trakcie skoków. Więc nie dość, że Dameron naraził na straty rebeliantów, to całe poświęcenie poszło na marne. 

Generał Hux to odpowiednik admirała Tarkina. Jest on taki biedny, że aż mi go żal. Choć nie, Tarkin był przerażający - albo ja byłam znacznie młodsza - Hux jest natomiast komiczny. Taki chłopiec do kopania. Niby jest dowódcą, ale zarówno Snoke (Andy Serkis), jak i Ren (Adam Driver) pomiatają nim na potęgę, wykorzystując najmniejsze słabości. O większej słabości - władzy, nie wspominając. 

W tym czasie Rey (Daisy Ridley) zostaje brutalnie odarta ze złudzeń. Staje twarzą w twarz z legendą, swoim idolem, podniosła scena, która była clifhangerem Przebudzenia mocy zostaje dosadnie dokończona - Luke wyrzuca miecz za siebie, prawdopodobnie mając nadzieję na to, że trafi do morza. Bo emerytowany Skywalker zamieszkał w Hobbitonie! Piękna wyspa, która skrywa tajemnice pierwszych Jedi i ich święte teksty, ale wygląda jak wyjęta z filmów Jacksona. Nie dość, że mistrz Jedi nie zamierza wrócić i wspomóc Rebelii, to jeszcze uważa, że zakon powinien umrzeć razem z nim. Wziął na swoje barki śmierć Hana, pogrążenie Republiki w mroku, stworzenie Kylo Rena -  wszystkie mroczne konsekwencje jednej myśli. Jednak cechami młodych są upór i nadzieja, więc zamiast uciec z planety, dzień w dzień stara się przekonać Luke'a do powrotu. On zaś jej udowadnia, że jedynym sensem jego resztki życia jest doczekać śmierci. Do momentu, w którym pojawia się więź mocy między Rey i Kylo. Jest to ten rodzaj więzi, który dotychczas Luke dzielił z Leią i miałam wrażenie, że jest to ich cecha jako bliźniąt, jednak nic nam nie zostanie oszczędzone.

Cały film przebiega pod hasłem nadziei. Gdy widzimy wykrwawiającą się Rebelię, najważniejsze jest, by choć kilku jej strażników zostało, by byli iskrą rozpalającą ogień w całej Republice (eksplicytnie!). Pod jej znakiem następuje największa przemiana bohatera, gdy Dameron z postrzelonego chłopaka, który bez planu, ale z dużą dozą huraoptymizmu stawał sam naprzeciw okrętu liniowego -  w postać, która jest gotowa nieść otuchę innym z większą rozwagą i dbałością o zasoby, a także ponosić konsekwencje swoich czynów i brać odpowiedzialność za innych. Pomiędzy pierwszą sceną (w której nie tyle zniszczył okręt liniowy, co pozbawił się wszystkich bombowców. Biorąc pod uwagę w zasadzie nieskończone zasoby Nowego Porządku, poświęcenie zupełnie nieadekwatne do poniesionych strat) a ostatnią, w której już jawi się jako namaszczony przez Leię przywódca dojrzewa bardziej niż pozostali bohaterowie razem wzięci.

Druga przemiana należy do Kylo Rena, choć nie tak spektakularna. Zachowujący się jak rasowy piętnastolatek napędzany hormonami i nienawiścią do wszechświata Ben, odnalazłszy na drugim końcu łącza Rey - Yin dla swojego Jang, jasność dla swojego mroku, dopełnienie swojej pustki (aż mnie korci, żeby dopisać  że zasmażkę do schabowego, ale boję się, że wyjdzie sprośnie) - staje się bardziej spójny, mniej rozchwiany emocjonalnie. To nie oznacza, że dojrzał, ale to nie jest wymagane dla czarnych bohaterów.

W Ostatnim Jedi jest też najpełniej podana doktryna mocy. Nie jest to naiwna alchemia dla ubogich, jak w pierwszej trylogii, gdzie nie masz dziedzictwa midichlorków, to giniesz. Nie jest to też tajemna magia, której zrozumienie przerasta chłopaka z farmy na pustyni. To potężna, mistyczna siła, napędzająca i przenikająca wszystko. Brak wcześniejszego usystematyzowania może i dodawał mistycyzmu, ale pokazywał też strony: jasną i ciemną jako wrogie. Tymczasem są dwiema stronami tej samej monety.

Nie wspomniałam dotychczas o Finnie (John Boyega), który leci do miasta-kasyna, by odnaleźć najlepszego hakera we wszechświecie, który złamałby zabezpieczenie Nowego Porządku i pozwolił odlecieć garstce rebeliantów. Ale ponieważ jest magnesem na kłopoty, znajduje jakiegoś hakera, wpada w ręce trooperów i przekonuje się, że wojna nie jest przygodą, nie jest powołaniem ani nawet złem. Wojna jest biznesem. Tak dobitnie gorzkiej refleksji nie spodziewałam się po filmie przygodowym, choć zwiastuny zmiany myślenia były widoczne już w Rouge One. 



Oczywiście - film bazuje na kliszach. Wszak tak właśnie działa kultura popularna - sięgając po nią, dostajemy to, co już znamy, choć ponownie przetworzone. Jednocześnie mam wrażenie, że jest bardziej odważny, pojawiają się te same toposy, ale pokazane inaczej niż dotychczas. Scenariuszowo - bez zarzutu. Takie Gwiezdne wojny chcę oglądać!

tytuł: Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi
reżysera: Rian Johnson
w rolach głównych: Daisy Ridley, Adam Driver, Oscar Isaac, Carrie Fisher, Mark Hamill i in
rok produkcji: 2017

Komentarze

  1. Ta część budzi dużo kontrowersji, jednym się podoba, innym nie, za to z całą pewnością za kilka lat będzie się o niej wciąż mówiło, w odróżnieniu od zachowawczej części VII.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz