Wut da hel^3

Po pięciu latach od zamknięcia cyklu pt. Pan Lodowego Ogrodu  Grzędowicz wraca z nową powieścią. Tym razem jest to science fiction krótkiego zasięgu. Akcja zaczyna się w roku 2058, w którym ludzie żyją iwentami w MegaNecie.


Norbert jest iwenciarzem i właśnie poluje na jakieś spektakularne wydarzenie w Dubaju, które zapewniłoby mu godne życie przez następne pięć minut. Gdy trafia mu się egzekucja Europejczyków, ma nadzieję na niezły zarobek, a tymczasem zostaje uratowany przez paramilitarną organizację przed zdeptaniem przez ciekający tłum. Ale traci też omnifon - urządzenie, od którego zależy życie w 2058 roku. Sytuacja analogiczna do tej, przedstawionej w Limes inferior Zajdla, gdy Sneer traci klucz.

Miał niby paszport, miał komputer, ale nie komunikator, sterownik, protezę mózgu,
portfel i identyfikator w jednym. Kiedy usiłował coś załatwić, nieodmiennie kończyło
się na: „proszę pobrać aplikację”. A potem: „sprzedajemy tylko omni-bilety”,
„obsługujemy tylko grupy zorganizowane”, „proszę skontaktować się ze swoim
operatorem”, „musi pan podać numer omni”.  (...) W efekcie kupno biletu zajęło mu trzy dni.
Grzędowicz co prawda mocno hiperbolizuje, ale trafnie diagnozuje globalne problemy ekonomiczne, etyczne, ekologiczne i inne. Obecne obostrzenia unijne dotyczące emisji gazów, kąta wygięcia bananów, uznania ślimaka za rybę i tym podobne skłaniają autora do snucia dalszych teorii spiskowych: 

Programy kulinarne pouczały go w kwestii nawyków żywieniowych, nakazywały mu jeść larwy i owady, i to najlepiej wyhodowane w najbliższej okolicy (...) Programy podróżnicze? Tu nakłaniano go do oszczędzania wody, pokazując spękaną ziemię w Etiopii i tłumy wychudzonych nieszczęśników z kanistrami na głowach, szczątki roztrzaskanego przez neosowiecką rakietę japońskiego samolotu kołyszące się na falach, podając równocześnie statystyki zanieczyszczenia oceanu spowodowane przez katastrofy w ruchu pasażerskim. Potem rozjuszone twarze prymitywnych i nieświadomych obywateli bezmyślnie odmawiających szczepień profilaktycznych, potem wychudzone dzieci konające na lizbonę (...) Edukowano w programie „dobrowolnego ubóstwa”. Gdzie nie przeskoczył, pouczano go, zmuszano do czegoś albo grano na jego uczuciach. Kazano się reformować i zmieniać. Każdy program, który wydawał się neutralny, okazywał się zaangażowanym, wychowawczym materiałem, dawno poza granicą propagandy.

No dobra, oczywiście autor mógłby sobie darować moralizatorstwo, wszak jak wygląda telewizja, dobrze wiemy nie od dziś, niemniej czytelnik Grzędowicza to nie tylko wychowany na jego starych historiach wyjadacz konwentowy, ale przede wszystkim ta historia ma trafić do niedoświadczonego czytelnika, który zapewne powinien się zachwycić odkrywczością. 

A zatem Norbert kupuje od lokalnych dostawców nielegalny alkohol bez akcyzy, kiełbasę bez atestów i prawdziwy tytoń, za który od razu czeka go specjalne miejsce w piekle. I przy tych frykasach zastaje go kolejne zlecenie - nakręcenie tajnego materiału o tym, jak się bawią światowe elity. Oczywiście ma być skandalicznie, obrzydliwie i szokująco. Bohater dzielnie się przygotowuje do nowego zlecenia: uczy się jak być wysokiej klasy kelnerem, co udaje mu się w trzy dni. A potem to już Grzędowicz pojechał z tym sajfajem... Norbert łyka tabletkę, zostaje żywą kamerą, nagrywa skandaliczny, obrzydliwy i szokujący materiał, puszcza go w sieć i czeka. I gdy w podejrzanych okolicznościach giną wszyscy dwaj związani z tym iwentem ludzie, postanawia uciec. 

Gdy czekamy na ciąg dalszy skandalu ze światowymi elitami w roli głównej, dostajemy... no właśnie, dostajemy cancela tego wątku, zupełnie z nieznanych przyczyn. I zaczyna się nowy, o tym jak rząd okłamuje obywateli. A nie, to już było w tym przydługim wstępie? Nie, bo teraz okłamuje w sprawie globalnej - wydobywając na księżycu nowy pierwiastek, można by uratować Ziemię, ale rząd blokuje prywatną inicjatywę... 

Nie da się ukryć - Grzędowicz próbował upchnąć za dużo w swojej nowej powieści - spokojnie mógł z niej wykroić trzy pełnowartościowe i odpowiednio rozbudowane książki. Być może za bardzo wziął do siebie krytykę PLO, w którym tak bardzo nic się nie działo, że w najnowszej powieści czytelnik musi poważnie wytężyć siły, żeby nadążyć za akcją, przesłaniem, a nawet za nowymi miłościami bohatera... To nie jest zła powieść, ale po Grzędowiczu (który ciągle jest obiecującym autorem) spodziewałam się po prostu więcej. 

Osobnym tworem jest zakończenie. nie to,że sie gonie spodziewałam, bo nadciągało co najmniej od połowy tej powieści, krokami zostawiającymi okrągłe, obłe ślady, niemniej łudziłam się, że do tego nie dojdzie. Może gdybym znowu miała szesnaście lat, uważałabym, że to objawienie, ale teraz się zastanawiam, gdzie jest granica między pasującym zakończeniem a kiczem.

Komentarze

  1. Bardzo dobra recka, książki jeszcze nie czytałem ale pewnie sięgnę z ciekawości żeby zobaczyć różnicę do PLO. Zawsze fajnie kiedy autor próbuje czegoś nowego. Wyjąwszy może ostatnie eksperymenty Mroza :P

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz