Nikt nie jest wystarczająco gotowy i dorosły, by być superbohaterem

Do tego filmu byłam nastawiona źle. Po co komu kolejny re-telling historii o Spider-Manie? Mnie nie. Nie podobało mi się przesunięcie bohatera do liceum, co wygląda jak spełnienie marzeń każdego nastolatka. Nie podobało mi się już użycie postaci w Wojnie bohaterów. Ale nie byłabym sobą, gdybym nie dotarła do kina, żeby zobaczyć, o co w tym wszystkim chodzi i dlaczego jest taki hype na zły (z założenia) film.




Peter (Tom Holland) jest już bohaterem. Lokalnym, bo lokalnym, ale jest. Tony Stark (Robert Downey Jr) podarował mu wspaniały strój i obiecał się odezwać, po czym zniknął. Oczywiście ciotka May (znana z komiksu jako zasuszona staruszka, tu jest grana przez Marisę Tomei, która jest naprawdę hot) myśli, że jej bratanek spędza wieczory na stażu w Stark Ind., ten zaś ratuje koty z drzew, przeprowadza staruszki przez ulicę i czeka na telefon od Avengersów - wszystko w kostiumie. 

Tymczasem w mieście pojawia się szczególne zagrożenie. Były szef firmy oczyszczającej miasto po ataku kosmitów z pierwszej części Avengersów, znalazł nowy sposób na zarabianie - okrada tajne laboratoria wojskowe i sprzedaje broń na czarnym runku. A wszystko to w imię utrzymania rodziny. I jedno trzeba przyznać Vulture'owi (Michael Keaton) - ma bardzo dobrą wymówkę, żeby być bardzo złym i w byciu złym jest bardzo dobry! I wydaje mi się, że wszystkie filmy o Spider-Manie zawsze ratuje świetny przeciwnik, przerażający i godny (vide: Willem Defoe, ratujący wizerunek miękkiego Tobeya Maguire'a).

Marvel operuje archetypami - ruska, który ma w garażu reaktor jądrowy, robotnika, który w ramach hobby wymyśla nowinki technologiczne z odpadów produkcyjnych, kolesia z sąsiedztwa który dealuje potem wynikami tych eksperymentów... tu nie jest inaczej. Mistrzostwem jest rola The Tinkerera (Michael Chernus), który odpowiadał za wszystkie wynalazki Vulture'a.



Nie do końca rozumiem, co w tym filmie robią Happy (Jon Favreau) czy Michelle (Zendaya) - nie wnoszą aż takiego elementu komediowego, by film nie poradził sobie bez nich. Z drugiej strony, świat przedstawiony jest pełniejszy niż gdyby po ekranie kręciły się trzy osoby.  Scenka ze Stanem Lee - świetna.Więc jeśli podobnie jak ja, macie wątpliwości, czy potrzebujecie kolejnego Spider-Mana w tej dekadzie, to dajcie mu szansę. On jest tylko licealistą, który właśnie na nią czeka.


P.S. Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawicie po sobie jakiś ślad, komentarz. Coraz trudniej mi się zebrać do napisania notki, jeśli trafia ona w próżnię. Pamiętajcie, jeśli nie napiszecie komentarza, gdzieś na świecie płacze kotek :,(

Komentarze

  1. Więcej Vulrure'a! Moim zdaniem na dzień dzisiejszy Marvel ma tylko dwóch dobrych villain-ów, Lokiego i właśnie Vulrure'a. Przy czym Michael Keaton to klasa sama w sobie. No i nawet high school drama nie przeszkadza. A wstawki z kapitanem? Żenada ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie podoba mi się, że w tej odsłonie ten małolat dostaje wszystko od Starka na talerzu. W komiksie do wszystkiego doszedł sam, a jego napędem była śmierć wuja i jego ostatnie słowa. Tu tego zabrakło i czułam się jakbym oglądała film typu high school musical. Kostium, który ma gpsa, milion funkcji, spadochron i sam się suszy? Ryly? Gdzie niby to zmieścili, chyba twórców za bardzo wyobraźnia poniosła... Michael Keaton ratuje ten film zdecydowanie i jedynym zaskoczeniem tego filmu był moment kiedy okazuje się, że jest ojcem sympatii Parkera. To było fajne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No własnie - za dużo skrótów i power of montaż. Ale Karen miala swój urok :D

      Usuń
  3. Nie chcę, żeby kotki płakały, ale moja ostatnia bytność w kinie była jak łazienkowski płonął... specjalnie "zamówiliśmy" teściów, żeby się Jadzią zajęli i pojechaliśmy do Imaxa. Jak wracaliśmy prawie rozjechał nas wóz bojowy straży pożarnej gnający Wałem do płonącego mostu. Jak znowu uda nam się wybrać do kina, to będę ostrzegać przed płonącymi mostami ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz