Komiksy w kinie robią furrorę

Valerian i Miasto Tysiąca Planet miał być powrotem Bessona po nieudanej Lucy do estetyki rodem z Piątego elementu. I to się udało - jest pięknie, egzotycznie, kolorowo i trochę śmiesznie. Sięgnął więc po komiksowych bohaterów, bo ci (choć DCU za wszelką cenę stara się udowodnić, że nie zawsze) zwykle się sprawdzają.


W akcję filmu wpadamy trochę jak w odcinek Star Treka - zaczyna się sielankowo, po to, by natychmiast komunikator ogłosił, że trzeba się udać na mostek. Naprawdę czekałam na nieśmiertelne "on my way". Valerian (Dane DeHaan) miał wizję zniszczenia planety, ale nie potrafił jej początkowo zrozumieć. Z czasem dostaje więcej elementów i powoli rozumie, że musi odszukać i ukarać odpowiedzialnego za tę tragedię. Historia jest prosta jak konstrukcja cepa, ale jej realizacja - już nie. Akcja pędzi wielotorowo, zagadki się piętrzą, lokalizacje się mnożą a wszystko wizualnie robi piorunujące wrażenie. 

I na tle tych wspaniałych lokalizacji i przepięknych pereł są oni. Bohaterowie. Dane DeHaan jako major Valerian i Cara Delavigne jako sierżant Laureline - delikatnie rzecz ująwszy - nie są to moje typy. Nie powiem, bo już po pierwszej ich scenie kupuję ich jako herosów i kupuję tę relację, niemniej uważam to za żarcik Bessona, że obsadził akurat tych aktorów w futurystycznej historii, gdzie strona wizualna gra pierwsze skrzypce. No i panie, gdzie ten Zielony Goblin na Valeriana?

W pozostałych rolach mamy plejadę cenionych aktorów, którzy zasługują na wielkie brawa - Ethan Hawke w małym, ale pamiętnym epizodzie, w którym wciela się w alfonsa; Rihanna, która przepięknie się pręży w roli Bubble czy Rutger Hauer, który jest apoteozą filmów fantastycznonaukowych w roli prezesa światowej federacji. 


Po zapowiedziach nie spodziewałam się wiele, właśnie powtórki z Piątego elementu - i to dostałam, a nawet trochę więcej. W filmie jest mnóstwo nawiązań do kanonicznych dzieł popkultury, m.in.scena powitania, postacie pereł, nawiązujące wyglądem do Na'vi z Avatara - to pokazuje, że inspiracje się przenikają, ale też że fantastyka naukowa posługuje się umownymi ikonami i archetypami, a ich przełamanie wcale nie jest proste (a często nawet niepotrzebne).

Film jest reklamowany jako dzieło życia, ale umówmy się, nie umywa się do Leona zawodowca. Jednak sprawdza się w konwencji komiksowej, mieści w ramach  kina rozrywkowego i spełnia standardy filmu science fiction. Mam nadzieję, że kolejny film Bessona znowu będzie odkrywczy i świeży, bo jednak za bardzo mi przypominał Piąty element.

Komentarze

  1. Czyli w skrócie: ameryki w konserwie nie odkrywa, ale na niedzielne kino rodzinne się nadaje, si?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli ograniczysz rodzinę do osób pełnoletnich, to tak ;)
      Na moim seansie znalazło się dziecię lat 6-7 i matka czytała napisy... Wyszła żywa, bo byłam zajęta pilnowaniem swojego nosa, ale byłam potężnie wściekła.

      Usuń
    2. Nie no, nie chcę żeby kolejny most w Warszawie spłonął, więc do kina się nie wybieram w czasie najbliższym ;). Myślałam bardziej o DVD w domowym zaciszu ;)

      Usuń
    3. Dla widoków poszłbym do tego kina. W telewizji nie będzie takiego efektu. Może nie musicie wcale jechać za Wisłę, nasze kino całkiem spoko ;)

      Usuń

Prześlij komentarz