Jedno pełne życie

Rój autorstwa Laline Paull jest reklamowany jako Folwark zwierzęcy XXI wieku. Czy to porównanie jest uprawnione?



Fabuła
Powieść zaczyna się w momencie, gdy w pewne deszczowe lato dom wraz z ogrodem, sadem i ulem zostają wystawione na sprzedaż. I choć wiąże się to ze zmianami, pszczoły nie mają pojęcia, jaka rewolucja je czeka. Bowiem książka jest zapisem życia jednej pszczoły na tle wydarzeń historycznych, zachodzących w ulu w ciągu roku. 

Bohaterka
Flora 717 rodzi się jako najpośledniejsza pszczoła, brzydka sprzątaczka z rodu, któremu nie patronuje nawet żaden kwiat, nie mówiąc już o szlachetniejszych roślinach. Stworzona do pracy na dnie drabiny społecznej, gdzie wykonuje rozkazy wszystkich innych pszczół, Flora została zauważona przez kapłankę z rodu Szałwii i skierowana do pracy zgoła odmiennej. W natchnionej atmosferze błogosławieństw Królowej karmi małe larwy, z których wkrótce wyklują się nowe poddane, jednak szybko okazuje się, że nowa praca inspiruje nieśmiałą pszczołę do podejmowania kolejnych wyzwań, które nigdy nie powinny prostej sprzątaczce przypaść w udziale.

Flora jest bardzo pobożną i pracowitą pszczołą, skromną i świadomą swojego niskiego pochodzenia. Jednocześnie jest niezwykle bystra, śmiała i przez wyżej urodzone siostry jest często uznawana za bezczelną, choć po prostu widzi więcej, kojarzy fakty i wyciąga wnioski, zamiast kierować się odwiecznym prawem i słowem Świętej Matki.

Akcja
Praca w ulu jest symbolem uporządkowania i spójnego działania. Powieść Paull przybliża czytelnikowi struktury społeczne pszczół, pokazuje wszystkie prace, jakie są do wykonania, walkę z przeciwnościami i naturalnymi wrogami. Jak budują się świadomość, mitologia  i pamięć kolektywna. Powieść można interpretować na kilka sposobów, nie jestem przekonana czy akurat uprawnione jest porównanie do Folwarku zwierzęcego ze względu na całkiem odmienny wydźwięk obu historii. Bohaterka co prawda widzi schematy i struktury, ale sama nie wydaje się im podporządkowana, co nie do końca zgadza mi się z wizją ula, podobnie jak przesuwanie robotnicy na wyższe stanowiska oraz jej nieskończoną możliwość przystosowywania się do kolejnych wyzwań.

Szczególną uwagę chciałam zwrócić na język, jakim jest napisana książka. Czytając ją, miałam wrażenie, jakbym jadła miód łyżką. Dawno nieużywane zwroty znowu zagościły w mojej świadomości, a słowa płynęły gęste i słodkie, oddając bogactwo doznań - zapachów, smaków i kolorów. Pokłony należą się tłumaczowi, Tomaszowi Wiluszowi, który stworzył pochłaniający przekład.

W ulu wciąż trzeba walczyć o przetrwanie. Zarówno głód, jak i chłód są wielkimi wrogami zewnętrznymi (obok os i ptaków), ale łatwo z nimi walczyć, gdy jest pod dostatkiem zapasów. Niestety, zimne lato nie sprzyja rozkwitowi kwiatów.
Wilgotny wiatr przynosi zarodniki plugawych narośli, które zanieczyszczają nasze kielichy z nektarem, zapasy w Skarbcu topnieją szybciej, niż możemy je uzupełnić. Błogosławione dzieło Świętej Matki zostało wstrzymane, grzechy Apatii, Rozpaczy i Bezczynności opadają nas jak muchy. 
     Woń Szałwii przybrała na sile i zbieraczki poruszyły się niespokojnie, gdy wyczuły skryty tuż pod nią mocny maskujący zapach policji płodności. Flora natychmiast zwarła czułki i zacisnęła przetchlinki, żeby oprzeć się jego wymuszającemu uległość działaniu. Instynkt kazał jej uciekać, ale to byłoby śmiertelnym błędem (...) (s. 176).

Teraz już wiem, po co w ulu są trutnie. Po to, by inne pszczoły mogły wylizywać ich futerko.

– Cześć Jego Męskiej Mości! – zawołało kilka żeńskich głosów, kiedy wypadł wielki kawał rzeźbionego wosku, po czym wśród okrzyków zachwytu z otworu wyjrzała zwieńczona czubem głowa młodego trutnia.
– Cześć Jego Męskiej Mości! – powtórzyły radośnie siostry i pospieszyły mu z pomocą; jedne wydłubywały wosk, inne ustawiły się w schody.
– Wysoko tu – powiedział truteń, schodząc po nich na podłogę. – Zmęczyłem się
(s. 16).

Ale opis tworzenia miodu to prawdziwy majstersztyk i pojawia się często i zawsze jest tak samo smakowity.
Złota mgiełka i cichy akord harmoniczny wypływały z centrum wielkiego atrium okolonego sześcioma strzelistymi, zbiegającymi się w kopułę ścianami z połączonych kielichów miodu zasklepionych i uświęconych pieczęcią Królowej. Daleko w dole setki sióstr stały w koncentrycznych kręgach i z nieprzytomną radością na twarzach trzepotały srebrzystymi skrzydłami nad dużymi kielichami surowego nektaru. Z naczyń wzbijała się mgiełka i muzyka – to woda parowała z nektaru gęstniejącego w miód (s. 57).

 Myślę, że jest to powieść, która skłoni mnie do przeczytania kilku innych, które też o pszczołach traktują.

Komentarze

  1. Trzeba będzie przeczytać, chociażby dla miododajnego języka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem ciekawa, jak ją odczytasz. A język - miodny ;)

      Usuń
  2. Nie czytam wpisu, zacząłem czytać książkę. Wciąga :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz