Od odysei kosmicznej do hobbickiej wioski w dwie godziny

Idziecie do kina oglądać Chrisa Pratta, a dostajecie trzy filmy w jednym. Jakim cudem?


Pierwsza część zaczyna się, gdy na ekskluzywnym statku, zmierzającym ku odległym planetom z uśpionymi kolonistami budzi się jeden z nich, Jim (Chris Pratt). Szybko dowiaduje się, że jest jedyny, nie może ponownie pogrążyć się we śnie, a przed nim ponad dziewięćdziesiąt lat lotu, a więc nie dożyje, gdy osiągną destynację. Początkowo próbuje wszystkiego - dostać się do kabin załogi, buntować, wrócić do stanu stazy... a w końcu stara się dostosować do warunków, w jakich przyszło mu żyć. Przypomina Wam coś? Jego życie poprawiło się, gdy spotkał swojego Piętaszka, barmana-androida Arthura (Michael Sheen). W tym momencie zaczyna się romans. Niestety, pomimo tego, że shippowałam ich z całego serca, pojawiła się Aurora Lane (Jennifer Lawrance), pisarka, która chciała zażyć przygody na obcej planecie. No więc przeżywa przygodę swojego życia. Ale i romans nie może trwać wiecznie w kosmosie. Bo okazuje się, że statek się rozpada, a latanie tykającą bombą uwalnia Johnów McClane'ów w ludziach, którzy byli już Robinsonami oraz Romeem i Julią.

Emocji w tym co niemiara, ale najlepsze, co się w tym filmie wydarza, to brwi Martina Sheena.


Odkąd je zobaczyłam, nie mogłam myśleć o niczym innym. Nie wiem, kto uznał, że należy mu przykleić dwie dżdżownice do czoła, ale skradły cały show. Wszystkie piękne efekty specjalne nie zrobiły tego, co czarne włosy nad oczami.

Konsekwencje są takie, że widz siedzi wbity w fotel przez dwie godziny, a potem zbierając szczękę z podłogi, znajduje tam porzucone na początku seansu dziecko, które zjadło chrupki  drugiemu dziecku.



Jeśli nie jesteście typami, które chodzą w Walentynki na Ciemniejszą stronę Greya (dżiiiz, poprzednio był o twarzach, a teraz będzie ciemniejsza strona, nikt nie myślał o tym, gdy tytułował te części? Czy to wewnętrzny troll?) to idźcie na Pasażerów. Jeśli nie będzie Wam się podobać, zawsze możecie się całować.

Komentarze