Wyparty film

Znowu byłam w kinie. Najlepiej z tej wyprawy zapamiętałam trailer do drugiej części Maze Runner. To nie świadczy dobrze o samym filmie. Tym razem padło na kancerogenną młodzieżówkę postapo - Imperium robotów. Bunt człowieka.



Że niby kto się tam pierwszy zbuntował - nie wiem, ale byłam w czołówce. Co do treści - roboty opanowują ziemię, aby ją badać. Składają obietnicę, że jak tylko uda im się poznać ludzi, odejdą. A póki co, ludzie są w areszcie domowym, jedynie kolaboranci mogą się poruszać po ulicach. Ojciec Seana (Callan McAuliffe) zaginął podczas walk z robotami, on sam z matką (Gillian Anderson - jedyny powód, dla którego warto oglądać złe filmy) i przygarniętymi przez nią sierotami musiał się przeprowadzić. Dnie spędza na rysowaniu portretów ojca i rozsiewaniu ulotek z cyklu "ktokolwiek widział, ktokolwiek wie".

Potem jest już z górki - do matki dostawia się lokalny kolaborant, Smythe (Ben Kingsley), dzieci znajdują sposób na oszukanie robotów, a Sean niespodziewanie zyskuje nad nimi władzę. Dzięki temu spędza resztę filmu w pozycji znanej z Jurrasik World.

  



Tak bardzo nie byłam założonym widzem tego filmu, ze nawet Gillian nie była w stanie mnie powstrzymać przed ziewaniem. Wiec jeśli macie ochotę na film, na ten nie traćcie pieniędzy. Lepiej pooglądajcie letnie seriale.


Komentarze

  1. Co prawda to prawda, film cienki jak doopa węża. Z letnich seriali SF polecam Dark Matter.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Film i serial to dwie różne bajki. To, co w filmie musi zostać ściśnięte do półtorej godziny, żeby nadaktywna młodzież napędzana colą i popcornem zdołała wysiedzieć, w serialu szczęśliwie można rozbudować do fabuły (choć kto ogląda seriale dla fabuły???).
      Tymczasem w serialach znowy spęd rzeczy na podstawie komiksu. Gdzież te przemyślane fabuły lat 70.? ;)

      Usuń

Prześlij komentarz