Sprzątanie jako sens życia?

Sprzątanie to u mnie niekończący się temat. Jako dziecko byłam niezwykłym bałaganiarzem, nie można mnie było w żaden sposób zmotywować do sprzątania. 

Później, już na studiach, niby miałam czyściej, ale zawsze miałam problem z chowaniem ubrań do szafy. To była moja największa zmora. Nawet jeśli były już poukładane (moja mama - mistrz świata - składa pranie najlepiej na świecie od razu po zdjęciu z suszarki i... u niej na półce zawsze leżą równiuteńko), to zwykle przewalały się kilka dni między krzesłem a łóżkiem, aż w końcu wymiętolone trafiały na półkę w takim stanie, że żal patrzeć. Teraz wiem, jak się czuła, kiedy na to patrzyła, bo oczywiście powoli się zmieniam w moją mamę, a mój mąż ma podejście do porządku dość swobodne. I jego ubrania przewalają się między łóżkiem a krzesłem...

Oczywiście po obejrzeniu czterech sezonów Perfekcyjnej Pani Domu z Małgorzatą Rozenek zrobiłam w domu porządki, ale wciąż to nie było to. Choć udało się zrobić kilka ważnych rzeczy, ustalić miejsca dla niektórych, to po jakimś czasie znowu zobaczyłam widok, którego nie chciałam widzieć.

Do tej tury porządków zmobilizował mnie bałagan, a uporać się pozwoliła lektura  Magia sprzątania Marie Kondo. To hit ostatniego miesiąca i chyba każdy bloger już o niej pisał, ale faktem jest, że z jej manią wyrzucania bardzo mi po drodze. Już i tak nie jestem z pokolenia, które nowe rzeczy oszczędzało nie wiedzieć po co. Gdy kupuję, to używam. Ale są rzeczy, których trzymanie mija się z celem. Wiecie, co wyrzuciłam?



* Zniszczona kołdra, zatrzymana "na wszelki wypadek". Od kilku dni się zastanawiam, co mną kierowało, kiedy ja wsadzałam na półkę. Jeśli była zbyt zniszczona, by z niej korzystać wtedy, to z całą pewnością była w dalszym ciągu zbyt zniszczona, by z niej korzystać później.

* Za małe ubrania. Zwykle staram się co sezon robić tego typu porządki, dodatkowo pozbywam się rzeczy, których nie założyłam, bo nie wyglądam w nich dobrze (lub z innego powodu). Z niektórych wyrosłam i oczywiście miałam nadzieję, że to się odmieni. Nie odmieni. A jeśli nawet, to wówczas kupię nowe, modne i równie ładne, jeśli nie ładniejsze.

* Kable. Miałam pełną szufladę kabli, które do niczego nie pasują, ale oczywiście trzyma się je, bo może coś tam się zdarzy. Jeśli od 15 lat nie użyłam kabla od anteny radiowej, to raczej nagle nie wyskoczy żadna sytuacja, w której miałby się przydać. Zostało ich dosłownie kilka, które przynajmniej do czegoś pasują.

* Buty, które dostałam od mamy. Nosiłam je rok z kawałkiem, nie zwracając uwagi na to, że masakrują mi stopy. Ale dostałam je od mamy. Ok, trudno, argument o zmasakrowanych stopach przeważył.

* Zaproszenia na śluby. To była słodka pamiątka, ale nie mam mieszkania z gumy, nie dam rady wszystkiego trzymać. Nigdy też nie zaglądam do tych zaproszeń, za to spotykam się z ludźmi, których dotyczą i te więzi cenię sobie bardziej.

* Notatki do licencjatu i magisterki. Studia skończyłam 9 lat temu, a do wczoraj wielce istotne artykuły zalegały mi w torbie, dyskretnie schowane za drzwiami. Ok, całkiem niedawno oddałam kilka koleżance, ale w razie gdyby ktoś potrzebowal pomocy, wciąż mam jeszcze bibliografię.

* Karton na laptopa. Trzymałam go, bo zwykle na gwarancji oddaje się komplet z kartonem do naprawy. Okres gwarancji minął, karton pojechał do Koszalina (jak to mawia u mnie w pracy koleżanka). 

Powinnam się jeszcze rozprawić z kilkoma sentymentalnymi pierdołami, ale potrzebuję czasu, by do tego dojrzeć. Natomiast dzisiaj jestem ogromnie dumna z postępów, które uczyniłam.

Komentarze