Kosmetyki - kolorówka, czyli jeden z moich ulubionych tematów

Kolorówka
Tutaj mam największy problem, gdyż kosmetyki kolorowe kupuję niemal kompulsywnie (piszę niemal, bo założyłam sobie bana na kolorówkę z jednym wyjątkiem i się go trzymam, a wyjątek zakupiłam, o czym za chwilę).  I mimo że staram się być świadomą konsumentką, to ciężko mi 1) znaleźć odpowiedni kosmetyk; 2) dochować wierności, jeśli już mi się zdarzy taki kupić; 3) jeśli dochowam mu wierności, zapewne został wycofany z produkcji. Story of my life.

* Podkład. Wydaje  mi się, że każda kobieta może napisać epopeję - trzynastozgłoskowcem z odpowiednim spadkiem adonicznym - na ten temat. 
Po pierwsze - świecenie.
Po drugie - krycie.
Po trzecie - wysuszanie.
Po czwarte - trwałość.
Niekoniecznie w tej kolejności. W każdym razie w tej chwili wydaje mi się, że tęsknię do Revlonowego Colorstay, ale mam do przetestowania jeszcze Bourjois Healthy Mix, Bourjois CC (i to jest wyjątek, na który sobie pozwoliłam z trzech powodow - konsystencja, trwałość, lekkość - które powodują, że powinien być idealny na lato), a na wykończeniu L'Oreal Lumi Magique. Ten ostatni ma jedną zasadniczą zaletę - idealny kolor (czego nie mogę powiedzieć o dwóch pozostałych, do których muszę złapać trochę opalenizny), niestety nie jest ani trwały, ani nie matuje. Do zdenkowania i zapomnienia, że istnieje.



Nie polecam większości - złazi po dwóch godzinach i powoduje świecenie. Na razie Bourjois jest miły w użytkowaniu, ale kolory u nich to bieda z nędzą. Max Factor Ma dobry kolor, ale podkreśla skórki, natomiast krycie ma potężne. Wada - najjaśniejszy kolor to mój, a ja nie jest aż taka blada.

* Puder. Przez lata używałam różnych pudrów sypkich (najczęściej Celii, ze względu na ładne kolory, dostępność, cenę i tradycję - używała ich również moja mama), ostatnio się przerzuciłam na te w kamieniu. I teraz znowu mam problem z kolorem - pudry, które nie mają w ofercie transparentnego, najjaśniejsze kolory mają dla mnie za ciemne. A nie jestem trupioblada, znam osoby z jaśniejszą karnacją. Hitem jest Max Factor Cream Puff, który jest za ciemny, mimo że kolor teoretycznie jest transparentny. Mam nadzieję, że on i jego bliźniak z Revlonu Nearly Naked (którego konsystencja to czyste dobro!) zechcą się zużyć w czasie wakacji. Jeśli nie zechcą, to ich rolą będzie profilowanie mi twarzy zimą (zamiast bronzera/brązera).


Nearly Naked z Revlonu  i Max Factor mają ciemne najjaśniejsze kolory. Na razie dobrze mi idzie z Astor.
* Cienie do powiek - kto ma za mało cieni do powiek, ręka w górę. Ok, na to też mam bana. Szczególnie, że ostatnio pasjami kupowałam jedynie kremowo-beżowo-różowe, które ewentualnie mogą się sprawdzić jako kolor bazowy, ale już o przyciemnieniu kącika nie myślałam, a wtedy wyglądam na smutną i chorą. I ludzie mnie pytają, co się stało. Nic, kijowy makijaż się stał.
Mam całą kolekcję paletek, z których zużyłam po dwa cienie i nie umiem się rozstać z resztą, bo "na pewno się przydadzą". Problemem jest jednak co innego - trwałość. Dlatego...

Oj tam - za dużo....

* Baza pod cienie. Mam ich kilka, ale żadna nie utrwala cieni tak, jakbym sobie życzyła. Próbowałam też na cienie w kremie, pudrowanie, cudowanie - cienie jak złaziły, tak złażą. Oczywiście, że jest lepiej niż bez bazy, kiedy to stawały się pieśnią historii w momencie gdy zabierałam się za malowanie drugiego oka, a zanim nałożyłam błyszczyk, mogłam się poszczycić wałkami w załamaniu, ale teraz wytrzymują góra dwie-trzy godziny. Tak, korektora też próbowałam. No nie idzie.

Tu korektory - Revlon Photoready (002), póki co mój ulubieniec, Rimmel Long Lasting (najjaśniejszy) i L'Oreal True Match (też najjaśniejszy) - dwa ostatnie tylko na zimę lub do smoky. W tle pysznią się gąbeczki. Od lewej: Beauty Blender, GlamSponge i gąbeczka ze skin 79.

* Róż. Tu nie mam problemu. Mam trzy róże w ogóle, używam jednego. Nie ciągnie mnie za bardzo do testowania innych.

Na co dzień używam Bourjois. Zimową porą przyjdzie czas na Sleek.

* Bronzer. Tu już w ogóle nie ma problemu - mam jeden. I to nawet nie jest bronzer, tylko produkt do opalania z szarymi, zimnymi tonami. Wystarczy. To ten  z W7 powyżej.

* Tusz. Ostatnio musiałam gwałtownie zmienić tusz i wyrzucić jego poprzednika po bakteryjnym zapaleniu spojówek. Chciałam zaszaleć z nowością. Skończyło się tym, że z podkulonym ogonem wróciłam do dwóch ulubieńców. Nie mam więcej w tym temacie do powiedzenia. Nie zdradza się przyjaciół!

Obecnie używam Max Factor, a jeśli chcę zaszaleć z długością, na wierzch kładę produkt z Kiko. Brązowy żel z Wibo służy mi do podkreślenia brwi, a kredki i linery (tylko we flamastrze) do sporadycznego robienia kresek.

* Rozświetlacz. Na wielkie okazje (których nie mam) i do malowania znajomych. Jeden wystarczy. Naturalne świecenie twarzy powoduje u mnie niechęć do eksperymentowania z odblaskami. Wystarczy, że na nosie robi mi się wielka, świecąca tafla, po co mi to samo na policzkach?

* Szminki/błyszczyki/badziewia do ust. Tego mam mnóstwo. Nie wiem, po co mnie to, skoro mam jednego ulubieńca, a reszta czeka na zdenkowanie? 

Ręce i stopy
Tu się ograniczę do pielęgnacji, bo o zdobieniu paznokci mogłabym długo i namiętnie i prawdopodobnie tak będzie. Za czas jakiś.

*Krem do rąk. Tu mam szczęście testować trzy rzeczy, które wreszcie mi odpowiadają. Po wielu latach nieużywania kremów, bo wysuszają i ogólnie fuj, wreszcie mam się z czym zaprzyjaźnić.

* Krem do stóp. Tu wciąż czekam na świętego Graala. Póki co, kupuję kremy z Avonu, przynajmniej ładnie pachną.

* Pielęgnacja skórek. Kolejny temat, do którego mam podejście dwojakie - wiem, że to ważne (szczególnie przy moim kompulsywnym obgryzaniu skórek, co jest fuuuj!), ale zmuście mnie do czegoś. Największe wrażenie do tej pory zrobił na mnie olejek z Regenerum. Niby do używania na całych paznokciach, ale przy hybrydach, czy nawet zwykłym lakierze - malowanie nim paznokci jest niemożliwe. Ale powoduje, że skórki są cudownie miękkie. Wystarczy jedna aplikacja dziennie, ja to załatwiam podczas jazdy komunikacją do pracy - mam olejek na sobie od 20 do 40 minut i nie mam już pretekstu, żeby obgryzać suche skórki i robić "manicure zębowy".

Komentarze