Kilka słow o kosmetykach - na drodze od wyprzedażowej histerii do minimalizmu

Mogę podzielić kosmetyki na trzy kategorie:

* ulubieńcy
** do zdenkowania (prawdopodobnie nigdy do nich nie wrócę)
*** używam codziennie, bo się sprawdzają

Muszę przyznać, że ostatnio królują u mnie rzeczy z drugiej kategorii, szczególnie w kolorówce. Do pielęgnacji mam szczęście, lub dobrze wybieram. Jeśli chodzi o szczęście, to mam okazję testować zacne kosmetyki apteczne. Ale zacznijmy od podstaw.

Ciało
Nie mogę (i nie chcę) narzekać na moją skórę. Poza nielicznymi alergiami krzyżowymi nie mam z nią większych problemów - nie podrażnia się łatwo, nie jest specjalnie wrażliwa i jakoś specjalnie się nie przesusza, choć moim wrogiem jest twarda woda.

* Szczotkowanie na sucho zawładnęło ostatnio moim porankiem. Podobno ma wygładzić skórę, zrobić jej piling, pobudzić krążenie i usunąć toksyny. No i pięknie, a jak miło zacząć dzień od pobudzającego masażu!
Używam szczotki z włosia naturalnego za szalone 12 zł z Rossmana. Prawdopodobnie nie jest eko-vege, dla maniaków są szczoty roślinne.

* Żel pod prysznic musi spełniać wg mnie jedno kryterium - myć. Jeśli ładnie pachnie, to już nadmiar szczęścia. Dlatego niespecjalnie przywiązuję wagę do tego specyfiku i biorę to, co jest na promocji. Jedno, na co muszę uważać, to żeby nie brać dwóch, bo nie mam gdzie trzymać. I nie, niska cena i ładny zapach nie są powodem do robienia zapasów.



* Natomiast inną sprawą jest nawilżanie. Tu niestety się zaniedbuję, dlatego pod prysznicem często towarzyszy mi oliwka, której używam na mokro i wycieram ręcznikiem. Pięć minut spania rano jest dla mnie cenniejsze niż smarowanie balsamami. Ponadto zimą jest mi rano za zimno i za ble na takie spędzanie poranka. Jednak na wiosnę dostaję tego samego świra, co inne kobiety i zaczynam się maziać, wklepywać, okładać i co tam jeszcze się da zrobić.



Twarz
Wiecie co? Fajnie było skończyć trzydziestkę. Po przekroczeniu magicznej granicy skończyły się kłopoty z przetłuszczającą się cerą, stanami zapalnymi, trądzikiem, podrażnieniami, przesuszeniami i całą resztą plag egipskich. Obecnie wystarczy, żebym uczciwie zrobiła demakijaż i użyła kremu nawilżającego, żeby wyglądać całkiem przyzwoicie.


* Od lat używam tego samego żelu do mycia twarzy (fanatycy oczyszczania skóry bez użycia wody powiedzą, że źle robię, ale nikt nie udowodnił wyższości zmywania makijażu mleczkiem, micelami, olejami - za krótko żyjemy). 

* Ostatnio dołożyłam jeden krok do demakijażu - zmywam pierwszą warstwę płynem micelarnym.

* Rano używam toniku z kwasami. Zawiera też alkohol i o ile wolę go przyjmować doustnie, o tyle w tym toniku mi nie przeszkadza. Z chemii byłam spadającą gwiazdą i nie wiem, które alkohole są tymi dobrymi, a które przesuszają i robią kuku. Najistotniejsze, że tonik sprawdza się nieźle i nie przesusza. Prawdopodobnie po zdenkowaniu, zaopatrzę się w coś innego.

* Krem. Najgorzej mi idzie smarowanie pod oczami. Gdy zauważyłam pierwsze zmarszczki (a było to niedawno, prawdopodobnie wcześniej się nie przyglądałam), kupiłam dwa, z myślą, by używać jednego na dzień i jednego na noc. Śmieszne. Rano się smaruję, ale wieczorem dopada mnie amnezja lub śpiączka, a najlepiej obie na raz. Dzięki temu jestem szczęśliwą posiadaczką niemal nietkniętego słoiczka kremu na noc i niemal pustej tubki na dzień.

* Pod krem na noc wprowadziłam stosowanie olejku. Słyszałam, że niezdrowe, zapycha i bez sensu złuszczać skórę i jednocześnie ją zapychać. Ale jakoś nie zauważyłam wielkiego zapchania. Jeśli już mi się pojawią grudki, to raczej dlatego, że robię demakijaż, śpiąc. Nie łączę tego z wprowadzeniem do pielęgnacji olejku.


* Latem prawie zawsze wracam jak bumerang do kremów BB. Zawsze staram się zamawiać koreańskie (niestety, nie jestem w stanie ręczyć za ich oryginalność, ale nawet jeśli to chińskie podróbki, to u mnie działają nieźle). Nie są tak ciężkie jak krem i podkład osobno. Poza tym nie muszę osobno stosować filtrów, a gdy widzę wojny youtubowe o filtry, ich bielenie i świecenie, to wydaje mi się, że wystarczy mi dobry filtr w kremie BB.
Kilka słów o kolorówce dodam za kilka dni.

Pragnę dodać, że projekt denko nie polega na pokazywaniu tego, co się zużyło. Jego pierwotnym celem było zużywanie kosmetyków, które nie chciały się skończyć. Na szczęście fazę na robienie wielkich zapasów oraz kupowania pod wpływem impulsu zwalczam dzielnie, choć nie mogę powiedzieć, że mam tak do końca za sobą.

I nie jestem też na drodze do ideowego minimalizmu (wg rozumienia Babauty czy Loreau, bo nie wydaje mi się, by posiadanie jednej koszulki, ale za grube miliony w złocie było rozsądne i zasadne), ale staram się osiągnąć złoty środek bez marnowania pieniędzy. Sama jestem ciekawa, co mi z tego wyjdzie.

Dajcie znać, jak to jest u Was i jakie macie sposoby na pielęgnację.

Komentarze