Planowanie to nie sztuka, to religia

Wczoraj znalazłam na youtube amerykańskie (i nie tylko) filmiki o planowaniu. Pierwszy, na który trafiłam, to jak ozdobić swój planer. Nie wiem, co dziewuszka bierze, ale chciałabym to samo.

To było wtajemniczenie i w sumie wejście do piekła. Wiecie, że jeden kalendarz nie wystarczy? Ona ma ich z siedem!!! Potem trafiłam na wojnę między wielbicielkami Filofax a wyznawczyniami Erin Condren Life Planner. Najlepsze jest to, że nie dają żadnej porady, jak się zorganizować, ale obklejają swoje notesy tonami karteczek, kolorowych naklejek i gadżetami, od których robi się cięższy, po czym pokazują tydzień po tygodniu w półgodzinnych filmikach, po których  można ewoluować w pony. 


W Ameryce jest cała społeczność planistów, którzy chwalą się swoimi kalendarzami i ich zapełnieniem. Nie trafiłam w takie miejsce polskiego youtube'a, czy przegapiłam życie?

Dwie godziny później uświadomiłam sobie jedno - nie jestem materiałem na superplanistkę. Nie wstąpię do kościoła kalendarzowego potwora i jestem sama z moim przecudownym, jednym kalendarzem, w którym nie wklejam niebieskich sówek ani taśm washi. Jestem skazana na spóźnianie, nieoagrnięcie i życiową porażkę.


Komentarze

Prześlij komentarz