Lata tak bardzo 90.

Film Krocząc wśród cieni został nakręcony na podstawie dziesiątego tomu cyklu o Metthew Scudderze autorstwa Lawrance'a Blocka. Jego powieści nie są specjalnie popularne, a w księgarniach brak wcześniejszych tomów z serii - dziesiątka sprzedaje się wystarczająco dobrze.


Matt Scudder (Liam Neeson) jest emerytowanym policjantem. Obecnie prowadzi nieoficjalne śledztwa z polecenia - dostaje za to prezenty i daje możliwość porzucenia śledztwa w dowolnym momencie, jeśli nie spodobają mu się wyniki dotychczasowego dochodzenia. Tak jest też w przypadku porwania żony potentata budowlanego Kenny'ego Krista (Dan Stevens), który od początku kłamie w tej sprawie. Od swojego zawodu, poprzez powody porwania, aż po dramatyczny koniec historii. Tymczasem po okolicy pęta się dwóch psychopatycznych morderców, których kręci obcinanie porwanym kobietom różnych części ciała.

Akcja toczy się w 1999 roku, z jednej strony malowniczym, z drugiej  - przepojonym dramatycznym lękiem spod znaku fin de siècle. Jest to chyba zresztą jeden z ostatnich okresów, gdy ludzie obchodzili się bez komórek, komputerów i po prostu rozmawiali z innymi ludźmi, gdy chcieli się czegoś dowiedzieć. Scudderowi pomaga młodociany TJ (Astro), który mimo młodego wieku ma bardzo określone poglądy na wiele współczesnych mu tematów. Postacie są mocnym akcentem, mają kawałek ciekawej głębi (choć muszę powiedzieć,że jełop, który zrobił spoiler filmu w zajawkach, powinien mieć ucięte ucho za karę). Poza tym sporo roboty robi mrok, miejscami przegięty, jakby wyjęty z Sin City. Twórcy się z widzem nie patyczkują - obcięte części ciała, krew zestawione z wiekiem niewinności jednej z porwanych, niewinnością sceny otwierającej - to wszystko robi wrażenie. 

Mimo obsadzenia w głównych rolach dość przypadkowych i mało znanych aktorów (Liam Neeson jest tam gwiazdą, ale reszta ludzi nie ma wielkich osiągnięć na koncie), obsada się sprawdza. Jest miedzy nimi chemia, tarcia i przyjemnie się je ogląda. Ujęło mnie też to, że nawet wtedy, gdy już zdawałoby się, sprawa została rozwiązana i zakończona, reżyser pociągnął sprawę dalej.






Wyszłam z kina w poczuciu, że obejrzałam kawałek przyzwoitego, trzymającego w napięciu kina, a nie czułam tego już od pewnego czasu. Więc jeśli macie ochotę na powrót do starego, dobrego kryminału z lat 90., to polecam Krocząc wśród cieni.

Komentarze