Zawartość mózgu w zupie

Adam zwrócił mi uwagę, że piszę o filmach. Piszę o filmach, bo na obejrzenie potrzebuję trzech godzin (z dojazdem do kina), a przeczytanie książki zajmuje mi obecnie aż kilka dni!

Ostatnio mąż mnie namówił na Lucy. Żadne z nas nie zwróciło uwagi, że reżyserem tego dzieła jest Luc Besson (ach, gdzież czasu Leona Zawodowca, czy choćby Piątego elementu???). Mnie nawet nie tknęło, gdy zobaczyłam na zaprzyjaźnionych stronach mem: Podobno reżyser użył 1% mózgu.



Film opiera się na starej hipotezie, że człowiek używa kilka procent swojego mózgu i byłoby w pytę, gdyby używał całości. Pamiętam, jak Brat mój przyszedł (ze studiów?) z tą ciekawostką, więc wiecie - prehistoria. Teoria została szybko obalona, bo już za moich studiów nikt tych bzdur nie powtarzał (powtarzali inne, ale o tym kiedy indziej). Luc Besson zabawił się w eksperyment myślowy, co by było, gdyby to była prawda. Nowy narkotyk (enzym/hormon odpowiedzialny za wzrost kości w okresie prenatalnym) wchodzi na rynek europejski z Tajwanu. Mułami są turyści porwani przez narkotykowego bossa - mają przewieźć kilogramowe paczki w brzuchu. Nie, nie połknięte. Ja nie wiem, o czym myślał Besson, ale po operacji nosa dochodziłam do siebie przez miesiąc, a on kazał bohaterce wstać i pójść z dodatkowym kilogramem w rozciętym brzuchu. Ok, science fiction, rozumiem.

Ale ona wstała i została zabrana nie wiadomo dokąd, bo przecież power of montaż, po czym zostaje tak skopana, że połowa towaru wchłania się od razu do organizmu. W związku z tym jesteśmy świadkami scen jak z Egzorcysty, jest dużo ślinienia i latania. Ogólnie gorsza była tylko scena śmierci Mirandy Tate z Dark Knight Rises. 

Zużycie mózgu wzrasta. Jak myślicie, czym może się objawiać? Otóż u Luca Bessona Lucy:
1) przestaje mrugać,
2) przestaje odczuwać ból,
3) zaczyna zabijać.

I nie, nie rozumiem, dlaczego. Cała fabuła jest tak rozłażąca się w szwach, że szkoda mi było to oglądać. Taka zupa epizodów, które prowadzą do bezsensownego celu.

Po aktorach też spodziewałam się znacznie więcej: Scarlett Johansson, która nieźle radzi sobie w innych filmach, powinna zostać przy kopaniu tyłków i przesłuchiwaniu ruskich w filmach Marvela, bo tutaj jedyne co pokazała, to pory na twarzy (nie wspomniałam o tym, ale styl filmowania niczym z młodzieżowych post-apo - dużo zbliżeń... bardzo szczegółowych). Ale dla mnie całkowity brak ruchu gałek ocznych jest wspomnieniem z doskonałego serialu lat 90. - Nikita, w którym grała drewniana Peta Wilson i partnerował jej nieruchomy Roy Dupuis, ale ani wtedy, ani teraz nie miało to nic wspólnego z aktorstwem. 




Trochę lepiej poradził sobie grający prof. Normana Morgan Freeman, choć trudno to nazwać szczytem możliwości. Po prostu przy Johansson wypadł wprost błyskotliwie, ale mniej więcej tak samo się zachowuje, prowadząc Zagadki Wszechświata z Morganem Freemanem.

Jedyna osobą, która się sprawdza jest Amr Waked - gra on policjanta, który z nieznanych przyczyn pomaga tytułowej bohaterce, ale jako jedyny zadaje sobie pytanie - co ja tu właściwie robię. To samo pytanie zadawałam sobie przez cały film.

Czuję się zubożona intelektualnie i oszukana po całości.
Dziękuję za uwagę i życzę miłego tygodnia.

Komentarze

  1. Z całym szacunkiem, ale Scarlett jest zawsze beznadziejna (jakby miała syndrom Aspergera). W filmie Under the skin była sobą- kosmitą po prostu.A Freeman jest zawsze taki sam :P
    ...nie oglądałem filmu, ale już chyba wszystko wiem :-/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie, jako Natasha Romanoff jest ok - z założenia ma mieć paraliż twarzy :)

      Usuń

Prześlij komentarz