Na ratunek... komukolwiek

Guardians of the Galaxy to film, który wzbudzał mnóstwo emocji jeszcze przed wejściem na ekrany. A po obejrzeniu  - można go kochać lub nienawidzić, nie spotkałam się z opiniami, że może być, albo podobał się, był ok. Nie - albo świetny, albo - straszny.




W pierwszej scenie mały chłopiec, Peter Quill (jego dorosłą wersję gra Chris Pratt) zmaga się ze śmiertelną choroba matki. Wszyscy go zmuszają do oglądania z bliska tego widowiska śmierci, więc gdy puszczają mu nerwy i wybiega ze szpitala, następuje plot twist - zostaje porwany przez kosmitów (so 80's!).

W ten sposób poznajemy nieustraszonego Star Lorda, który obok nieustraszonej Gamory, nieustraszonego szopa i nieustraszonego drzewa podbił moje serce (sorry guys, I'm merried). Peter Quill nie jest najpoważniejszym bohaterem - ma cięty język, nawet jeśli coś bierze na poważnie, to nie pokazuje tego po sobie i z całą pewnością nie jest typem bohatera-obrońcy galaktyki. Ani nawet bohatera-obrońcy własnego podwórka. To taki rozkoszny Han Solo z walkmanem - tu ukraść, tam przekombinować. Więc gdy trafia w jego ręce kula, której pragną w zasadzie wszyscy wielcy i pomniejsi bossowie, zaczyna się robić dziwnie. Na szczęście od czego są piękne, zielonoskóre kobiety, które najpierw kopią ci tyłek, a potem całują (tu np. Zoe Saldana), kosmici, wyglądający jak szopy (Bradley Cooper) strzelające z armaty (w tym filmie szopy są jak mrówki i noszą gnaty, które ważą więcej niż ich właściciele) oraz inni kosmici o wyglądzie i intelekcie pieńka (Vin Diesel).

Jeśli chodzi o aktorów, to oglądając  trailery, miałam wątpliwości, czy Chris Pratt podoła roli superbohatera. Moje obawy okazały się przesadzone - nie jest on wyrazistą osobowością w stylu Kapitana Ameryki o solidnych amerykańskich wartościach, ale raczej uroczym łobuziakiem, któremu najbliżej do Hana Solo. Nie ma co prawda nadprzyrodzonych mocy, ale jego superpower jest wychodzenie cało z każdej opresji.
Zielona Zoe Saldana bynajmniej nie jest atrakcyjnym dodatkiem do bohatera. To znaczy atrakcyjna jest, ale po wielokroć próbuje ukraść mu szoł. I prawdopodobnie by jej się udało, gdyby nie to, że rabunku dokonuje para niepozornych kosmitów. Rocket i Groot, dwa wygenerowane komputerowo stworki po prostu chwytają widza za jaja i ściskają mu serce. O ile ten pierwszy nie jest w żaden sposób słodki - raczej zgorzkniały, doświadczony przez życie, złośliwy, ironiczny i prewencyjnie strzelający do wszystkiego, co narusza jego przestrzeń społeczną. Z drugiej strony Groot - wielki jak drzewo, wyglądający jak drzewo i wygadany jak drzewo, a jednocześnie otwarty, sympatyczny i czekający na akceptację. Z tego, co można wywnioskować po zachowaniach społecznych na tumblrze - wszystkie laski się w nim zakochały.
Ok, podobno jest tam jeszcze jakiś niebieski gościu, ale jest tak nieznaczący i randomowy, że nie ma co się rozpisywać. Prawdopodobnie będzie istotniejszy w kolejnych częściach, póki co - rola-cień. No i badguy. o jakie to zabawne. Nie.
Nie mam pojęcia, dlaczego kusili mnie wizerunkiem Tanosa, który pojawił się w dwóch scenach. Rozumiem, musi zostać go trochę na następne części, a podczas użycia, jego wizerunek się trochę niszczy za każdym razem. Opatruje. No więc zostaje jakiś nawiedzony  Ronan (Lee Pace, ukochany haker z Halt and Catch Fire, nie rozpoznałam go), który jest marną atrapą wroga. Na szczęście nie jest sam i wspomaga go kilka zakazanych ryjów galaktyki.


Jeśli ten entuzjastyczny opis Was nie zachęcił, to prawdopodobnie nie znacie się na dobrym kinie i tyle :P
Ale żarty na bok - słyszałam o ludziach, którzy wyszli z kina rozczarowani, ale są w zdecydowanej mniejszości. Wszakże znakomite oceny na filmwebie nie wzięły się znikąd. I odpowiadając na palące pytanie wszystkich w kinie - oczywiście, że tańczący Groot jest słoooodki!!!

Komentarze