Szpieg po polsku

Walentynki spędziliśmy standardowo, zrobiłam nieco fikuśniejszy deser, a mąż zaproponował kino. Oczywiście zakrzyknęłam radośnie, że pragnę (tak bardzo, bardzo) iść na Jacka Stronga. Nie jestem normalną żoną :)

Jest to historia pułkownika Ryszarda Kuklińskiego (Marcin Dorociński), jednej z najbardziej kontrowersyjnych osób w Polsce. Trudno sobie wyobrazić historię szpiegowską pokroju Bonda w szarych czasach PRL-u. Ojciec Kuklińskiego był w AK, więc może bohaterskie zrywy ojczyźniane Ryszard miał we krwi. W każdym razie błyskotliwą karierę w wojsku zaczął od pomocy w organizowaniu tłumienia zrywu w Czechosłowacji. Potem już było z górki - kariera w ludowym wojsku stała przed nim otworem. Ewidentnie otwór ów nie zachwycił bohatera, ponieważ podczas wykonywania tajnych misji dla kontrwywiadu postanowił nawiązać łączność z CIA. Historycy twierdzą, że był podwójnym agentem, że równolegle donosił dla GRU, ale dowodów nie ma. Jeśli natomiast szpiegował tylko dla CIA, to należy przyznać, że jaja miał jak słoń*. Konsekwencje pokazane zostały w pierwszej scenie filmu, w której młody Sasza Iwanow (Dimitri Bilow) pozbywa się Olega Pieńkowskiego (Eduard Bezrodnyi, ta scena też jest tylko wizją reżysera, bo jak zginął Pieńkowski - nie wiadomo).  

Kukliński stoi ością w gardle Putkowi (Mirosław Baka), który początkowo uważa, że wycieczki jachtem są nienormalne, później na fali nienawiści śledzi bohatera na każdym kroku. Sasza Iwanow nie podejrzewa jednak o zdradę swojego kolegi, z którym był w Wietnamie. 

W momencie, w którym w Warszawie wszyscy wiedzą, że w ich szeregach jest szpieg, Kukliński próbuje się przyznać. Scena jest fantastycznie rozegrana i wprowadza element humoru do filmu, który jednak mocno trzyma w napięciu, choć historia jest doskonale wszystkim znana, bo co jakiś czas (zwykle w okolicy rocznicy śmierci pułkownika) media przypominają jego historię. 

Film jest bardzo dobrze zagrany, oprócz wymienionych aktorów występuje plejada gwiazd polskich i zagranicznych aktorów, m.in. Ostaszewska, Globisz, Małaszyński czy Zamachowski. Jest też zrealizowany z rozmachem, dbałością o szczegóły historyczne (ok, może scena pościgu jest trochę przesadzona, ale nawet jeśli go nie było, to z oszałamiającą prędkością 40 km/h po zaśnieżonej Warszawie pościg opla recorda i milicyjnych dużych fiatów mógłby tak wyglądać, jak pokazano w filmie). No, ale ja uwielbiam PRL, stylistykę tamtego okresu i Krzysztofa Pieczyńskiego (który pojawił się w dwóch scenach), więc mnie kupili ;)

W każdym razie, jeśli się wahacie, czy iść, to ja polecam. 







______________
* Akademia policyjna.

Komentarze

  1. Idę. Otwór, który nie zachwycił bohatera, rządzi. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak mawiali o polonistach, że idąc na studia, myślisz, że świat będzie stał przed Tobą otworem, a skończywszy studia, orientujesz się, który to otwór ;)
      Idź, film wielce dramatyczny, ale bardzo prawdziwy.

      Usuń
    2. Nie wiedziałam...

      Mam ochotę iść, mnie też bardzo interesują PRL-owskie historie, a o Kuklińskim wiem jednak (za) mało. Twoja recenzja mnie zdecydowała. :)

      Usuń
    3. Ma się tę preswazję na poziomie ekspert ;)

      Usuń
  2. Nie wierzę, dobry polskim film?:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nazwisko reżysera jest podpowiedzią. On robi tylko dobre filmy :)

      Usuń

Prześlij komentarz