Game over

Adi wyciągnęła mnie na film. Nie opierałam się zbytnio, gdy korzystam z każdej formy socjalizacji :)






Poszłyśmy na Grę Endera. Na pierwszym roku studiów pewien doktor na jej przykładzie wyjaśniał mi, że science fiction jest literaturą eskapistyczną, a ja się opierałam i nie przeczytałam książki do tej pory, więc nie stresowałam się, gdy w wakacje koleżanka z pracy (raczej w wieku mojej mamy) opowiadała, jak jej synowie (w moim wieku) przeżywali trailer, wskazujący na znaczne odejście od pierwowzoru literackiego.

Ziemia po najeździe obcych, zwanych Formidami (jak głosiły napisy, choć chyba powinno być "formidami", wszak to rasa), stara się uniknąć kolejnych wojen i planuje wykształcić inteligentne dzieci na doskonałych strategów i dowódców wojskowych, a potem użyć je w walce. Jednym z takich dzieci jest Ender Wiggin (Asa Butterfield). Obserwuje go uważnie pułkownik Graff (Harrison Ford). Uważa nastolatka za doskonały materiał na takiego dowódcę, który poprowadzi ludzi do bitwy z formidami na planecie zamieszkanej przez tę obcą rasę. Musi jednak przejść ostatni test - Graff pragnie sprawdzić, jak jego podopieczny sobie poradzi z odrzuceniem, więc wysyła chłopaka do domu z informacją, że zostaje relegowany ze szkoły za pogwałcenie reguł i wdanie się w bójkę z innym uczniem.

Graff jest świadomy, że wyalienowany Ender był prześladowany przez silniejszych uczniów i dlatego wdał się w bójkę. Była jednak doskonałym pretekstem do przeprowadzenia próby. Rodzeństwo Endera, Peter i Valentine też byli szkoleni do walk, ale brat okazał się zbyt agresywny, a siostra nazbyt empatyczna, by mogli kontynuować naukę. Po wyrzuceniu Endera, rodzina straciła nadzieję na to, że zostanie wielkim pogromcą formidów. Szczególnie ojciec wydawał się zawiedziony takim rozwojem sytuacji. Pułkownik jednak szybko znowu się pojawił w życiu Endera, tym razem, by wysłać go poziom wyżej  - do szkoły dowódców. Tam panuje wojskowy dryl, wprowadzony przez sierżanta Dapa. Chłopak ćwiczy, szkoli się i oczywiste staje się dla wszystkich, że jest najlepszym uczniem w szkole. To nie przysparza mu przyjaciół, szczególnie po tym, jak Graff przy całej grupie mówi, że Ender nie ma sobie równych.

W trakcie szkolenia młody Wiggin trafia na grę, której nie potrafi przejść, aż łamie reguły gry. Gdy jest już przekonany, że jedyną drogą jest droga do domu, zostaje awansowany i trafia do drużyny Bonzo Madrida (Moises Arias). Nie jest w niej mile widziany. Zgrana ekipa nie chce go uczyć, nie chce też, by brał udział w zawodach. Tymczasem chłopak potrafi wziąć udział treningu i być użytecznym dla drużyny. Nie oznacza to, że będzie bardziej lubiany, wręcz przeciwnie, dochodzi do eskalacji przemocy.

Z aktorów znałam Harrisona Forda, którego nie trzeba przedstawiać i Bena Kingsleya, który też ma wystarczająco znane nazwisko i twarz, by nie przypominać jego dokonań. Wszyscy młodzi aktorzy mają swoje osiągnięcia, jednak na ekranie widziałam ich po raz pierwszy. Ich gra jest dla mnie potwierdzeniem teorii, która kiełkuje mi od ok. pięciu lat - że modne jest teraz aktorstwo minimalistyczne. Tzn. gra jedną miną. I wszyscy, dosłownie wszyscy poniżej trzydziestego roku życia ulegli temu trendowi. To straszne, bo wydaje się, że animacje mają więcej życia, niż manekiny przesuwane po ekranie.

Brak tu wielkich, epickich bitew. jest dosłownie kilka scen, w których widać rozmach. Natomiast wszystkie sceny szkoleń nawiązują estetyką do filmów s-f z lat 80. i 90., kiedy o przyszłości myślano jeszcze kategoriami czystego, higienicznego i białego czasu kooperacji ze sztuczną inteligencją, małych przestrzeni statków kosmicznych, wysłanych w celu eksploracji kosmosu. Tak samo jest tutaj - na ograniczonej przestrzeni sterylnej stacji kosmicznej gdzieniegdzie są trówymiarowe ekrany i dotykowe klawiatury, lśniące w półmroku sal szkoleniowych.

Przez cały seans nie mogłam pozbyć się myśli, po co dorośli znęcają się nad biednymi dziećmi, skoro ciągle uważają się za lepszych. Wyjaśnienie z początku filmu, że dzieci są szybsze i nie myślą sztampowo,  jest pretekstowe. Domyślam się, że wynika ze znacznej skrótowości filmu, jednak widz przez cały film jest przekonywany, że tylko kadra starych dowódców, z pogromcą formidów sprzed lat na czele, są w stanie pokonać tę rasę teraz. Film nie daje odpowiedzi na dręczące widza pytanie - po co to wszystko?




Zdjęcia są z przestrzeni internetów.

Komentarze

  1. Informuję, że nie przeczytałam Twojego tekstu o "Grze Endera", bo książkę kocham tak, że chyba na film jednak nie pójdę. I nic nie chcę wiedzieć o filmie (przynajmniej na razie)... Ale ślad uwagi zostawiam. ;)

    ~ Panna Beata

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz