Już nie robią takich bogów jak kiedyś

Z okazji przedłużonego weekendu nasze najbliższe kino obniżyło ceny biletów na projekcje 3D. Chciałam iść na Tintina, ale zdecydowana większość w postaci męża mego i dwójki przyjaciół, postawili na Immortals. Kolejny film z cyklu "American way of Greek Mythology", czyli krótko mówiąc - najłatwiejszy sposób na doprowadzenie mnie do rozpaczy, albo wiem jest to film oparty na trzech płynach ustrojowych - krwi, łzach i spermie. Krew poległych wrogów, moje łzy (bo nie rozumiem, po co ktokolwiek kręci takie chały) i w tym przypadku sperma odgrywa zasadniczą rolę, ale to po spoiler space. I nie chodzi o to bzykanko, którego średnio tępy czterolatek domyśla się od pierwszej sceny. 

















(innymi słowy - następujący fragment może zawierać kluczowe elementy fabuły, psujące radość oglądania, więc jeśli tego nie lubisz - nie czytaj) 



Zachodzę w głowę, jaką logiką kierowali się twórcy filmu, ukazując cudowne, miłosierne oblicze Zeusa (nb. bardzo przystojne, bo grane przez popularnego ostatnio Luke'a Evansa, który wcielał się niedawno w Aramisa, a już wkrótce będzie Bardem), który nadzwyczaj kocha swą córkę Atenę, a mniej już syna (sic!) Posejdona. 
Ale to nieistotne. 
Olimp liczy pięciu bogów noszących boskie czapki, ale można się tylko domyślać, kto w tym boskim panteonie jest kim (poza Posejdonem z trójzębem) i dlaczego tuż przed zapowiadaną przez wszystkie znaki na niebie i ziemi znaki wojną z Tytanami Zeus zabija boga wojny (my guess po młoteczku, ale potem tymże młoteczkiem wywijał sprawnie Zeus, więc cóż...)??? 
Trzech pozostałych było bezimiennych, ale w sumie i tak okazali się tylko mięsem armatnim, więc niech pozostaną bezimiennymi bohaterami. 
Skoro jednak w finałowej scenie jedynymi ocalałymi z pożogi i zniszczenia pozostali Zeus niosący umierającą Atenę i Tezeusz (też w nie najlepszej formie, bo przez uderzenie Hyperiona musiał sobie podtrzymywać flaki), a w kolejnej syn Tezeusza (owoc wspomnianego bzykanka) wieszczy wielką wojnę bogów z... (kimś tam, póki nie powstanie Immortals 2: The Clash of Gods and Sth to nie ma znaczenia), a widzi ich niezmierzone legiony, to znaczy - chłopaki porozsiewali geny gdzie mogli i naprodukowali bogów na pęczki. Gratulacje. 

Dalej nie wiem, po co ktokolwiek kręci takie filmy, ale jak kiedyś wspominałam, nie przepadam za przemocą w żadnej formie, nawet na ekranie. Zwłaszcza w 3d.

Komentarze