Dzień z życia porkrastynanta

Pada. Zło.

Miałam napisać dziesięć stron, na razie próbowałam nie rozerwać laptopa na strzępy, bo przecież word przestał mi działać i zażądał zakupu za jakieś 300$. Thanks, but no thanks. Doinstalowałam nowszą wersję LibreOffice, która zjadła mi przypisy. Starałam się nie umrzeć na wylew, tak mi ciśnienie skoczyło.

Potem wyszłam z domu, bo chyba bym coś rozbiła. No to zawiozłam dokumenty na konkurs i utkwiłam między komputerem, dziekanatem a kalkulatorem. I na pewno bawiłam się lepiej niż pisząc pracę. Tylko ciągle nie mam jednego rozdziału. Nic to.

W tym czasie udało się odpalić te szczątki worda, które dostałam z laptopem, więc czekam na przypływ weny.

BTW, dzisiaj dojazd do domu był masakrą, ale nie dlatego, że ktoś by u mnie pikietował (dzień pierwszy pikiet i rozstawianie miasteczka strajkowego - to dziś), tylko dlatego, że gałąź spadła na trakcję tramwajową koło wileniaka i skakaliśmy z wysokiego tramwaju wprost pod jadące samochody, natomiast straż pożarna i elektrycy starali się uporać z gałęzią i przywrócić kursowanie tramwajów. Mój był pierwszym zatrzymanym.

Dalej oglądam Numb3rs. Trzeci sezon, może i jest lekki spadek formy, próbują psychologizować postaci, ale dramatycznie nie jest. Do oglądania przy pisaniu się nadaje.

Komentarze