Warszawiacy vs. reszta świata

Mieszkanie pod Warszawą zahartowało mnie na przyszłość, a codzienne dojazdy na studia i do pracy okazały się zbawienne, dzięki temu nie wzbudzam salw śmiechu, gdy się zwierzam, że muszę dojechać AŻ z Pragi (kuźwa, czeskiej, czy co?).
Ostatnio od współpracowników dowiedziałam się, że na Bródnie życie zamiera o 17 i nie uświadczysz tam otwartego sklepu. Uwierzyłabym, gdybym nie miała znajomych koło pętli Podgrodzie. Podobne rzeczy dzieją się w pozostałych dzielnicach - na Bielanach podobno w ogóle nie jedzą...
Czasem mam ochotę powiedzieć tym ludziom, żeby wzięli karmę dla kota lub produkty na obiad z Reduty, tam wszakże czynne do 22.00. I żeby nie robili z siebie idiotów, mieszkających na wsi pod Pcimiem, bo to nie komuna i nie ma rejonizacji pracy. A jak ta im się nie podoba, to ja chętnie wezmę ich pieniądze i popracuję też za nich.

Komentarze

  1. Że przepraszam? Do mię na Bródno Podgrodzie Pizzę Hut dowożą, co w moim osobistym przekonaniu znaczy, że właściwie jest to centrum. Na Wawer nie dowozili , więc to była dzielnica "obok centrum". Aczkolwiek człowiek czasem się zastanawia, dlaczego na Żoliborz jedzie się dłużej, niż leci do Londynu, ale takie czasy nastały i butthurt tu w niczym nie pomoże.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz