Szafiarsko na serio

Byłam dziś z mamą na zakupach. Muszę przyznać, że to sport eksptremalny - zasuwa od sklepu do sklepu
z obłędem w oczach, a energia jej sie nie kończy, jest jak króliczek Duracella. Kiedy ja się za nią  ledwo wlokę, ona odhacza kolejne questy: spódnica, bielizna, bluzki (koniecznie czerwone), sukienka, spodnie...
A ja biedna od czasu do czasu rzucę okiem na coś dla siebie. Kiedy robiłyśmy trzecią rundę w poszukiwaniu idealnego portfela, zastanawiałam się, czy dożyję wyjścia ;)

Na szczęście udalo mi się dorwać zacną koszulkę, jakieś fajniejsze staniki (myślałam, że nie potrzebuję, ale jak bardzo się myliłam, uzmysłowiłam sobie niedawno), spodnie (zamienniki moich zeszłorocznych, które okrutnie sie zeszmaciły) - więc z zakupów jestem zadowolona. Ale jestem nimi tak zmęczona, że nie mam siły myślec o aktywności naukowej...

Komentarze