Jak Limes do domu wracała

Wczoraj nie byl mój dzień (prawdopodobnie żaden nie jest mój, ale ten był jakiś mniej mój niż inne). Wyszłam z domu, gdy świeciło słońce. o drugiej stronie bloku lało. Wróciwszy po parasol i kalosze, nie policzyłam do 100 ani nawet do 10 i stąd dalsze komplikacje. Dojechałam na Plac Zamkowy, gdzie okazało się, że autobus to zbytek, nie jeżdżą aż do uniwersytetu - bieg w kaloszach w grę nie wchodził, poszłam na poprzedni przystanek, na którym własnie stały wszystkie 4 autobusy, którymi mogłabym jechać. Niestety, nie byłam nawet blisko przystanku :/ Nic to, najgorsze przede mną - gdy wracałam do domu, z ciężkimi torbami (torebkę mam standardowo ciężką, wczoraj miałam zapasową torbę wypchaną zakupami i kurtką - nie musi być zimno w czasie deszczu), to minąl mnie mąż na rowerze. Po co miałby mnie zauważyć. Obtrąbiła go znajoma, też mnie nie zauważyła z wysokości fotela kierowcy. Piechurzy mają przerąbane - nikogo nie obchodzą. Obtarłam nogi w kaloszach.

***

Dzisiaj koleżanka przekazała mi plotkę, że znajomy stracił żonę. Jeszcze o tym nie wie - sam jest w śpiączce.

#ja
#zżyciawzięte
#storyofmylife

Komentarze

Prześlij komentarz