Jak czytam książki

Ostatnio czytam książki zgodnie z pewnym wzorem - na początek zaczynam ksiażkę, która wydaje mi się najważniejsza (np. związana z wywiadem albo z tematem okładkowym), potem ją rzucam, czytam wszystkie high school drama z paczki, romanse wampiryczne i wszelkie young adults, a z pierwszym demonem męczę się miesiąc i kończę czytać, gdy już nie mam mózgu. 

W tym miesiącu tytuł dostają Senne pałace Uznańskiego. Nie ze względu na treść, ta nawet ciekawa, ale  jak myślicie, ile może być w książce błędów? 

Więcej. 


Więcej... 


Nie liczyłam, ale średnio 1 na 6 stron wypadał (i nie liczyłam przecinków, tu bym musiała zacząć liczyć wierszówki). 

Tomasz budzi się na ulicy i jedyne, co wie, to że porwano mu żonę. Byli na wakacjach w egzotycznym miejscu, nikt by się nie spodziewał... 
Bohater próbuje wzywać pomocy, szuka jej w hotelu, ale wszędzie spotyka dziwne istoty niemówiące ludzkim głosem. Gdy już traci nadzieję, spotyka bezdomnego fizyka - mieszkańca lokalnego wysypiska. Dzięki niemu nawiązuje kontakt oraz dowiaduje się, że nie załapał się na ewolucję i jest archaizmem, niepasującym elementem, rakową tkanką na organizmie świata. 
Tomasza od tej pory napędza pragnienie odnalezienia żony i zrobi wszystko (and I mean - wszystko), żeby to uczynić. 
Nowy lepszy świat jest podzielony na strefy wpływów - pomysł nie jest do końca wyjaśniony, zapewne jest to smaczek na drugi tom - miasto pracoholików, Miasto Umarłych i inne próbują wybadać, czy tomasz nie jest zagrożeniem i czym jest tak naprawdę. 
Postać bohatera jest dość dziwnie zarysowana. Szuka żony, ale na dobrą sprawę nie wiadomo, po co. Nic nie wskazuje na to, żeby ją w ogóle kochał, czy choćby lubił. Nawiązuje stosunki seksualne właściwie niemal z każdą napotkaną kobietą (poza dwiema?) i w ogóle nie myśli o tym, co robi. Rzuca się głową w najdziwniejsze sytuacje, nie rozważając konsekwencji - ani tego, że skoro nie zna miasta, to zabije go pierwszy mietek zza rogu, ani tego, że prawdopodobnie nie powinien uwać KAŻDEMU, kogo zobaczy. 
Najlepszą rzeczą w tej książce jest podła hiperbolizacja rzeczywistości. Groteskowa, wykrzywiona, wyjaśniona w absurdalny i niepojęty sposób, ale to nasza rzeczywistość i nie ma co do tego wątpliwości. Na przykład kwestia żywienia - bohater nie jest w stanie przywyknąć do nowych posiłków, jak maleńkie, śliczne, słodziutkie, żywe króliczki ("aż ma się ochotę je schrupać", które są przysmakiem, sałatka z robaków zebranych na cmentarzu (co nie do końca zgadza się z późniejszą logiką powieści, ale zostawmy temat chodowli insektów) czy mleko wprost z piersi nastoletnich dziewcząt. Jak wyjaśnia przewodniczka Tomasza - czym to się różni od jedzenia mięsa świni czy krowy? <ja bym powiedziała, że obróbką termiczną, ale wielbiciele tatara mnie przekonają, że wcale nie>. A Technatrion? Jest odwzorowaniem życia korporacyjnego, kto pracował, ten wie. Podobnie z małżeństwem - zbyt dlugie może powodować urazy psychiczne. 
Autor, dotychczas znany głównie z opowiadań, nie unika obrzydliwości i kontrowersji, sięga do tradycji młodopolskich - trochę to przypomina narkotykowe przywidzenia Berenta czy coś? 

I wszystko super, ale te błędy...

Komentarze