Smutno mi Boże

Nie wiem, naprawdę nie wiem, czy ludzie chcą mnie dobić swoimi książkami? Czy redaktorzy, którzy mi wysyłają badziewie, nie widzą, co ja potem piszę o tych książkach? Chyba jestem stworzona do rujnowania ludziom życia. 

Następny klient to Wojciech Szyda, przy którym tag "Książka dnia" powinien zostać przekształcony w "Książka miesiąca", bo ciężko mi szło. Oj ciężko. 

Fausteria (powieść antyhagiograficzna) to historia studentki sztuki, która robi karierę, malując różne konfiguracje diabła. Dostaje się na studia, bo igra z konwencją komiksową, wygrywa konkurs, bo maluje wizje kolegi na haju, a jak nie ma się czym inspirować, to ma swoje wizje - tętniak, którego jest nieświadoma, powoduje u niej przepływ obrazów - brać i malować. 

Autor miał jakiś pomysł. Począwszy od imienia, dziewczyna jest kreowana na antytezę św. Faustyny Kowalskiej. Podkreśleniem tego faktu niech będzie zestawienie obrazu ww. świętej (której portret Fausta ukradła z kościoła) i odbicia samej Fausty - im bohaterka bardziej się stacza (a jednocześnie im większy komercyjny sukces odnosi), tym piękniejszy robi się portret Faustyny (działa jak zaprzeczenie portretu Doriana Graya, na który zresztą powołuje się autor). No właśnie - rozumiem, że współcześnie ciężko wymyślić coś nowego i nowatorskiego, ale już przywoływanie na zasadzie "mogłeś się czytelniku nie zorientować, że tu piszę o "Fauście" a tam o "Doktorze Faustusie", to albo Ci pokażę palcem, albo dodam przypis". I jedzie na sprawdzonych pomysłach. To już nawet nie palimpsesty, to przepisywanie Manna na nowo. 
Przy czym nie jestem w stanie uchwycić antyhagiografii - czy ma polegać tylko na antytezie? Jako filolog i wielbicielka metody filologicznej chciałabym czegoś więcej - antycudu! A tu nic. Fausteria w potrójnej roli (studentka, oficerka w świecie alternatywnym i religiancka graficiarka z kolejnej rzeczywistości) mnie nie przekonuje. A ponieważ wiarę straciłam już wcześniej, nie pozostało nic, poza niesmakiem. 

Wiara to kolejny element, który nie wyszedł. Osobiście uważam, że wiara lub jej brak jest prywatną sprawą każdego człowieka. Dostał łaskę wiary, nie dostał, utracił - jego sprawa. Tu natomiast dostałam taką dawkę katechizacji, że to aż nieznośne. Nawołuje tu do modlitw o miłosierdzie, a jednocześnie pokazuje, co czeka kogoś, kto się nie modli o zbawienie. I tak w katolickim, łagodnym duchu - bohaterka zapada w śpiączkę. 

Najgorszy jest chyba język. Widać tu zarówno rejestry niskie (a nawet wulgarne), jak i wysokie (także biblijne). Przez to nie za bardzo wiadomo, do kogo jest skierowana książka (między innymi przez to). Szczególnie że nie jest to żaden zabieg stylistyczny - po prostu od czasu do czasu, zwykle pisząc o kulturze popularnej (Wiedźmin), Szyda schodzi do języka sarkazmu i mowy marginesu. 

Zło ma wiele twarzy, ale czasem trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny, a mam wrażenie, że ta książka preferuje logikę zerojedynkową - modlisz się, więc będzie dobrze, nie modlisz się, więc idziesz do piekła. A wszystko, co się dzieje wokół, to nieistotna otoczka. Nie zgadzam się z tymi poglądami, szczególnie, jeśli ta otoczka towarzyszy człowiekowi przez całe życie. No ale może czasem trzeba obarczyć Boga winą za złe decyzje i mieć siłę wyższą, aby prosić o pomoc i zbawienie. 

Ostatnia kwestia: Jak się ma do tego obraz Jezusa Miłosiernego?

09.jpg

Komentarze