Igrzyska śmierci i głodne kawałki

Wczoraj byłam na pokazie prasowym Igrzysk Śmierci, o których wcześniej nic nie słyszałam, choć potem się okazało, że nawet mój antykulturowy mąż wiedział, że to dla młodzieży i że najbardziej wyczekiwana premiera roku. 

Szczerze - nie wiem, czy było na co czekać. 
Fabuła się nie trzyma kupy, ale może dlatego, że to ekranizacja, a tak jak wiadomo, zawsze jest okrojona i wypada blado w porównaniu z literackim pierwowzorem (chyba, że zrobimy z tego serial). 
W państwie Panem co rok są organizowane igrzyska, w których biorą udział tylko nastolatkowie. Igrzyska są wzorowane na tych starożytnych i oczywiście transmitowane wszem i wobec, ku uciesze spragnionej rozrywki gawiedzi. Celem igrzysk jest wygrana, wygrywa się mordując pozostałych uczestników. Pozostali uczestnicy najlepiej giną w fontannach krwi i rozbryzgach flaków. I przy rozmytym obrazie, sugerującym szybkość następujących wydarzeń, ale prawda jest smutna - głównie można dostać mdłości. 
No więc bohaterka walczy o przeżycie, walczy z innymi, walczy o swoje ideały i walczy ze sobą. Ale jakoś robi to bez przekonania. 
Część filmu dzieje się w dystrykcie 12 (nie mówi się już "dzielnica"?) i osada wygląda jak Śląsk z fotografii z początków XX w. Nawet stroje mają jak z plakatów propagandowych z cyklu "kobiety na traktory, bo chłopy są w kopalni". Nie są to jedyne komunizujace wstawki, jest także czarno-biały film propagandowy, ukazujący trybuta o wyglądzie herkulesa, zachwalający igrzyska. Nad tym latają statki kosmiczne. 
Na Kapitolu za to jest inny świat, estetyką przypominający "Piąty element" - zwariowane kolorowe fryzury, stroje i makijaże prosto z naszych wybiegów przeniesione na ulice. Postmodernizm pełną gębą, Panie. 
W tym wszystkim bohaterka, dziewczyna z sąsiedztwa (dosłownie), która wcale nie chce nikogo zabijać, ale jak kuba bogu tak dziewczyna strzałę w oko kolejnym wrogom. 
Oczywiście ona trudno zawiera przyjaźnie, ale i tak wszyscy ją kochają - zapijaczony mentor, brzydka dziennikarka (podobna do Edwarda Nożycorękiego, tylko mniej uroku, dodatkowo od razu skojarzyła mi się z Zinią Vett z "Paradyzji" Zajdla i gdyby nie pewność, ze Collins nie przeczytała tegoż dzieła, widziałabym więcej paraleli, żeby nie powiedzieć - zerżnięć), producent (z fantastycznie wymodelowana brodą) i stylista (Lenny Kravitz ze złotym eyelinerem na powiekach to więcej niż mogę znieść), tłumy ją kochają - a to dobrze, bo bardziej kochają - trybut dłużej żyje. Tylko prezydent jej nie lubi, wiec nie powinna wygrać. Prezydent taki w typie Łukaszenki. 
Dodatkowo należy zadbać o dobry marketing i reklamę - donatorzy (że tak użyję proppa) mogą znacznie przedłużyć życie każdego trybuta (poza tymi, którzy się dali pochlastać). 
Nie przekonuje mnie idea hekatomby, nie przekonuje mnie ofiara w imię pokoju. Nie przekonuje mnie to, ze rodzice zgadzają się na oddanie dzieci, bo ktoś odgórnie im nakazał. 
Nie przekonuje mnie w tym filmie mnóstwo rzeczy - miłość jako chwyt marketingowy (bo do tego, ze jest prawdziwa nie przekona mnie nikt), gra aktorska (a sporo dobrych aktorów zgodziło się grać w stylu Zmierzchu), bliskie kadrowanie twarzy prowadzące do tego, że znam teraz lepiej twarz aktorki niż własną i ogląda się to naprawdę bardzo trudno, gdy jedyne co można robić, to liczyć pory na skórze. Nie przekonuje mnie świat, w którym jedyną nadzieją jest powrót do zwalczanej komuny. I nie przekonuje mnie przemiana Katniss, która z normalnej dziewczyny zmienia się w medialnego potwora i krwiożerczą bestię - choć podobno dla przetrwania można zrobić wszystko. 
W tym filmie nie ma nic świeżego ani nowego - jest to miks Goldinga, Orwella, Bessona i Lucasa. I penie wielu innych motywów, które nawet nie łączą się zgrabnie. 
Najgorsze jednak, że świat, w którym będą losowania osób występujących w kolejnych seriach tańca na lodzie, śpiewania, obnoszenia się z gołymi cyckami po domu wielkiego brata i innych bzdurnych programów jest całkiem bliski. W końcu chyba kiedyś skończą się idioci, którzy będą ochotnikami, a gawiedź wciąż będzie spragniona rozrywki.

Komentarze