Kobieta w czerni

Informacja od dystrybutora jest wielce zachęcająca - głębokie studium samotności po śmierci ukochanej żony. 
Jasne... 

W Anglii domy nie mogą być normalne, przynajmniej te grające w filmach. No więc mamy Wichrowe Wzgórza, a w zasadzie Węgorzowe Mokradła (wychodzi na jedno), mamy gustowny okres wiktoriańskiej Anglii. Mamy młodego prawnika w depresji (spokojnie mógłby być to ktokolwiek w depresji) po śmierci żony, z zaległymi rachunkami do opłacenia, z seksowną nianią do uroczego dziecka. 
Prawnik pojechał do miasteczka, w którym żywy jest przesąd o obcych - obcy won! Obcy mogą za dużo zobaczyć. Na przykład uroczą staruszkę, która nie żyje od... dłuższego czasu. A staruszka lubi sobie znienacka wyskoczyć i podnieść adrenalinę bohaterowi i widzom (nb. na widowni była emerycko-społecznikowska wycieczka, o której stan zdrowia martwiłam się cały seans). 
Nawiedzone domostwo odwiedza nie tylko staruszka. W miasteczku bohaterowi (Mr Kipps) pokazują najkrótszą drogę do Londynu. 
Tymczasem w miasteczku giną dzieci. 

Co ciekawe, film wzbudza nie tylko strach, ale i współczucie, nadzieję. Zastanawiający jest zatem wybór gatunku dla kogoś, kto chciał pokazać życie pozagrobowe i napełnić kogoś nadzieją na jego kontynuację w lepszym świecie, ukazując widzowi stadko trupków. Hell, wolę już nie wierzyć w życie pośmiertne 

Komentarze